Czytasz opis jednego dnia z wyprawy Chiny, Laos, Tajlandia
Dzień 5 – Kunming
W pociągu o siódmej włączyli muzykę:)
Za oknami góry.
Automat z wrzątkiem okazał się bardzo przydatny – można zalać zupę albo herbatę, co zresztą tubylcy wykorzystują nader często. Zalewają małą ilością wody ogromne wiaderko czegoś, co wygląda jak nasze gorące kubki z makaronem i jedzą widelcem to co rozmiękło. Jak mają ochotę na więcej to zalewają ponownie.
Od jednej pani dostaliśmy mandarynki. Były zielonożółte, wystarczająco zielone, żeby w Polsce nikt ich nie kupił, ale bardzo smaczne :)
Na jednej stacji nas wypuścili na 20 minut, to zrobiłem parę fotek i kupiłem niezły napój o smaku zielonej herbaty.
W Kunmingu mieliśmy być o 15:45.
Do narciarza się przyzwyczaiłem i wydaje się być praktyczniejszy niż zwykły wucet – wygląda na czystszy, bo jest w nim mniej zakamarków do czyszczenia. W palarni między przedziałami byłem jednym z niewielu gości. Całe szczęście, że w przedziałach palić nie można. Później, w Laosie okazało się, że to nie takie oczywiste, że w środkach komunikacji publicznej nie wolno palić.
Po 26 godzinach dojechaliśmy na miejsce. Kunming przywitał nas dużym ruchem na ulicy i zwyczajem, że na pieszego na pasach się trąbi.
Dzięki mapie, którą Marcin kupił w pociągu, po krótkich poszukiwaniach i zmianie przystanku, udało nam się wsiąść do właściwego autobusu. Czasem dziwne hobby (zbieranie map) ma zaskakujące korzyści.
Idąc do hotelu zatrzymaliśmy się przy okienku małego biura podróży gdzie kupiliśmy bilety na nocny autobus ekspresowy do Dali. Bilety to wiele powiedziane – pani z okienka wręczyła nam skrawek papieru serwetkowego, na którym długopisem coś napisała.
Hotel Camelia, do którego zmierzaliśmy ma dwie gwiazdki i całkiem wysokie, jak na backpacking, ceny a jego obsługa nie wyrywa się z informacją, że mają jeszcze „dormitory”, o którym czytaliśmy w przewodniku. Po paru minutach spędzonych w holu przeliczając ceny i próbując zadecydować co robimy, podczas drugiego podejścia do recepcji, którejś z recepcjonistek się wyrwało, że tak, mają jeszcze „dormitory” i, że znajduje się w budynku obok. Na trzecim piętrze w jednej z kilku zadbanych, 8 osobowych sal zostaliśmy na noc.
Po szybkim prysznicu poszliśmy do wegetariańskiej restauracji, naprzeciwko świątyni Yuantong Si, w której dostaliśmy pyszną rybę ziemniaczaną, ryż z warzywami, sałatkę grzybową z glutem i kuleczki krewetkowe z anyżkową przyprawą w komplecie. I oczywiście „wielka dolewka” herbaty.
Posileni udaliśmy się do parku Cuihu, popatrzyliśmy na tańczące tam grupy, i wychodząc poszliśmy do Kodaka, żeby dziewczyny zrzuciły sobie fotki z kart na płyty. Pod Kodakiem zaczepiły nas trzy studentki z Yunnan University. Zrobiły nam ankiety, które miały jako pracę domową z angielskiego i wzięły e-maile. Marcinowi zdecydowanie poprawił się humor po tym, gdy nadały mu chińskie imię (jakiegoś znanego aktora:]).
Wracając dziewczyny, targując się na migi, kupiły fartuszki u jednego z chodnikowych sprzedawców.
Po powrocie okazało się, że będą z nami nocować jeszcze dwaj Amerykanie ale nie pogadaliśmy zbyt długo tylko wyszliśmy do pubu. Przed wyjściem zrobiliśmy jeszcze pranie w hotelowej pralce, za 20 Y, które schło do wieczora dnia następnego…
Kunming jest pięknym interesującym miastem i w gruncie rzeczy tourist-friendly. Bardzo miła odmiana po tłocznym i hałaśliwym Kantonie.