Wszystkie wpisy dotyczące miejsca 'Ban Huay Xai'

Lis 16 2006

Dzień 12 – Mekong

O 6 rano wstaliśmy, żeby pójść z Marysią załatwić bilety na tajemniczego slowboata do Luang Prabang. Po autobusach, wertepach i szokującym spokoju Laotańczyków w podejściu do kłopotów, byliśmy pełni obaw.

Przystań w Ban Huai Xai, Laos

Przystań w Ban Huai Xai

Na przystani slowboat okazał się zwykłą łodzią, zabierającą na pokład kilkadziesiąt osób. Śniadanie zjedliśmy w jednej z restauracji po drodze na przystań obserwując jak małe łodzie motorowe kursują na granicy Laos-Tajlandia. Po śniadaniu w jednej z restauracji zapakowaliśmy się na pokład i już po 11 wyruszyliśmy razem z 60 innych białych turystów w podróż po Mekongu.

Śniadanie w Ban Huai Xai, Laos

Śniadanie nad brzegiem Mekongu

Po 6 godzinnej podróży wśród pięknych widoków, stłoczeni na pokładzie i lekko poirytowani zachowaniem turystów z Izraela, którzy stwierdzili, że jest to doskonałe miejsce aby zapalić trawkę, dotarliśmy do Pak Beng.

Slowboat, Laos

Slowboat z Ban Huay Xai do Luang Prabang

Od razu obskoczyły nas dzieci oferujące pokoje na nocleg. Marcin został oddelegowany do znalezienia noclegu, co mu się udało chociaż później okazało się, że w pokojach nie było światła i ciepłej wody :) Oczywiście próbowaliśmy zgłaszać reklamacje ale chłopak, który w naszym guesthousie sprawiał wrażenie bycia kimś ważnym, pocieszył nas, że o 22:00 i tak światła nie będzie w całym Pak Beng i z łaską wręczył nam po drugiej świeczce.

W tle słychać gwar podróżnych, cykady, świerszcze i generatory prądu.

Kolację zjedliśmy przygotowaną przez dwie kilkunastoletnie dziewczyny, które w woku stojącym na najzwyklejszej kuchni węglowej przygotowywały kolejno nasze dania. Gdy nas zapraszały do knajpki oświetlanej wyłącznie świeczkami, powiedziały, że za dwie minuty włączą im światło. Zresztą chłopak w hotelu powiedział dokładnie to samo – „za dwie minuty światło będzie”.

Ani jedno ani drugie się nie wydarzyło oprócz tego, że u Dzieciaków w pokoju działające na początku światło później też odmówiło współpracy. Te „2 minuty” musi oznaczać coś dziwnego w języku tubylców…

Kolacja przy świeczkach, Pak Beng, Laos

Kolacja przy świecach

W Pak Beng też dość łatwo było by kupić trawkę a na liście potraw niewskazanych w mieście, w którym lodówka jest zbytkiem, wylądowało wszystko co zawiera tuńczyka. Monikę, po jakiejś potrawie tuńczykowej cały wieczór mdliło i bolał ją brzuch.


Lis 15 2006

Dzień 11 – Droga numer 3

Rano, gdy my poszliśmy na śniadanie, Marcin kupił nam bilety do Huay Xai. Śniadanko zjedliśmy europejskie: kawę ze skondensowanym mlekiem, topiony ser, bułkę i jajecznicę. Dla śniadań, chociaż nie jedynie, warto do Laosu wracać w nieskończoność…

Menu śniadaniowe w Louang Nam Tha, Laos

Menu śniadaniowe w Laosie

W całym mieście jest mnóstwo białych. Nawet w autobusie, którym następne 8 godzin przyszło nam jechać, na 11 lokalnych nas było 12…

Plecaki jadą na dachu, Laos 2006

Dziś plecaki jadą na dachu

Nasze plecaki wylądowały na dachu i wyruszyliśmy. Droga jest mocno wyboista i idzie raz pod górę a raz w dół w efekcie czego, już na początku jazdy, autobus miał krótką przerwę na studzenie hamulców. Przynajmniej za oknami mieliśmy świetne widoki a studzenie hamulców to wyśmienita okazja do robienia zdjęć:)

Pierwszy postój na studzenie hamulców, Laos

Postój na studzenie hamulców

Od rana pogoda średnia – pochmurno ale ciepło i sucho.

Po półtorej godziny jazdy w tym nierównym terenie hamulce odmówiły posłuszeństwa. W sumie to i tak dziwne, że przyczyną awarii były hamulce a nie pęknięcie autobusu na pół, bo na wertepach górskiej drogi autobusem naprawdę nieźle rzucało, czego kierowca zdawał się nie zauważać:)

Autobus z uszkodzonymi hamulcami, Laos

Tym razem hamulce odmówiły posłuszeństwa

Ponad półtorej godziny czekaliśmy na autobus zastępczy. Udało się go zorganizować jedynie dlatego, że był w tak kiepskim był stanie, że nie nadawał się na regularne kursy i stał gdzieś pod dworcem :) Jak można się było spodziewać, godzinę później, znów mieliśmy postój na studzenie hamulców.

Kolejny autobus z przegrzanymi hamulcami, Laos

W kolejnym autobusie hamulce też się przegrzewały

Chwilę po przesiadce zatrzymał nas znak informujący o 30 minutowej przerwie w ruchu spowodowanej robotami na drodze. Budują nową, asfaltową. Za rok, dwa już nie będzie takich atrakcji jak jazda przez Laos po wyboistej drodze zdezelowanym autobusem.

Koparka, a później spychacz, uporały się ze swoim zadaniem w około 2 godziny… Laos już taki po prostu jest:) Spokój, nikt się nie denerwuje, nikt się nie spieszy. „You are worrying too much” jak mi kiedyś później powiedział jeden Laotańczyk.

Budują nową drogę nr 3, Laos

W przyszłości droga nr 3 będzie asfaltowa

Na szczęście już bez studzenia hamulców i remontów, dojechaliśmy do małej wioski, w której mieliśmy przystanek na posiłek. Lokalni zamówili ciepłe jedzenie w knajpce, biali turyści zadowolili się snackami i słodyczami ze sklepu.

Sklep gdzieś w północnym Laosie

Sklep gdzieś w północnym Laosie

Jak tylko się ściemniło w „nowym” autobusie odmówiła posłuszeństwa skrzynia biegów. Kierowca próbował jeszcze jakiś czas jechać ale jazda na jednym biegu nie mogła się inaczej skończyć niż absolutną awarią całego układu. Więc niedługo później zatrzymaliśmy się w szczerym polu w absolutnych ciemnościach laotańskiej nocy. Pierwszy raz widziałem Drogę Mleczną. Robi wrażenie :)

Ciemności absolutne, Laos

Ciemności absolutne

Za jakiś czas podjechał jumbo, który zapakował nas i jeszcze sześcioro innych białasów i za 20000 kipów od głowy zabrali nas w dwugodzinną podróż. Dla nieobeznanych, jumbo to taka półciężarówka, która na odkrytej pace bez ścian ma wzdłuż ławeczki dla pasażerów. Rudy kurz pokrył wszystko, tak, że ubrania nadawały się tylko do prania. Na dodatek w koszulce na ramiączka, na tym wietrze potrafi być naprawdę zimno…Każde przetrzymane w tym chłodzie pięć minut jazdy zdawało się być podarunkiem od losu. Pod koniec jazdy byle dwa domy z oświetleniem zdawały się być metropolią pośrodku nigdzie.

Strasznie wiało i było zimno ale przynajmniej jechaliśmy zamiast stać i patrzeć jak kierowca autobusu rozkłada ręce nad niedziałającą skrzynią. W sumie, gdyby nie to, że przyjechał z tej samej strony co my a wiedziałem, że najbliższa miejscowość z tamtej strony była oddalona o pół dnia drogi, pomyślałbym, że to było ukartowane, żeby właściciel jumbo dostał te 11×20000 kipów :)

Koniec końców dowieźli nas pod guesthouse i po szybkim prysznicu poszliśmy spać. Przebycie 200 kilometrów z Nam Tha do Ban Huay Xai zajęło nam 14 godzin, o wodzie i ciasteczkach z Makau, w warunkach jakich nie powstydziłby się weteran rajdów offroad.