Wszystkie wpisy dotyczące miejsca 'Bangkok'

Lis 25 2006

Dzień 21 – Chatuchak

Wstaliśmy o 6 rano, żeby pojechać na największy targ w Bangkoku – Chatuchak. Część drogi chcieliśmy pokonać tuk-tukiem a resztę tutejszym odpowiednikiem metra, Sky Trainem.

Stacja Sky-train, Bangkok, Tajlandia

Stacja sky-train

Tuk-tuki w Tajlandii są mniejsze niż w Laosie, bo 3 osobowe, co nie przeszkadzało kierowcy bić rekordów prędkości z pięciorgiem pasażerów. Krysia i Marysia siedziały na podłodze a ja ręką zastępowałem im drzwiczki, żeby na którymś z zakrętów nie wypadły.

Pięć osób w tuk-tuku, zdjęcie autorstwa Krysi Włodarczak, Bangkok, Tajlandia 2006

Trzy z pięciu osób w tuk-tuku

Chatuchak rozkręca się koło dziesiątej a my byliśmy tam w okolicach ósmej. Łaziliśmy w kółko ze trzy razy, pominęliśmy pewnie z połowę stoisk ale i tak wrażenie mieliśmy jedno – mnóstwo tandety, na dodatek co trzeci stragan jest identyczny. Wiele hałasu o nic.

Gofry w Bangkoku, Tajlandia

Gofry

Tego w sky-train robić nie wolno, Bankgog, Tajlandia

Nie wchodźcie z tym do sky-traina!

Wróciliśmy, spakowaliśmy plecaki i poszliśmy na przystanek, z którego odjeżdża nasz ostatni, podczas tego wyjazdu, autobus. Za 150B od łebka, po 90 minutach jazdy w korku, dotarliśmy na nowiusieńkie lotnisko pod Bangkokiem, Suvarnabhumi. Tam wydaliśmy resztę bahtów na dwa litry Bacardi i wsiedliśmy do samolotu.

Lotnisko Suvarnabhumi, Tajlandia

Lotnisko Suvarnabhumi

Ja, prawie jak terrorysta, przez gapiostwo wsiadłem do samolotu z przedmiotem zakazanym – zapalniczką. Nijak potem nie udało mi się wymyślić, jak ją wykorzystać do porwania chociaż kiedyś, w Londynie, musiałem się wyrzucić identyczną zapalniczkę ze względu na podwyższony stopień zabezpieczeń antyterrorystycznych.

Chwilę po zjedzeniu na kolację ryby z ziemniakami i grillowanymi warzywami wylądowaliśmy w Hongkongu skąd o 0.35 wyruszyliśmy w trzynastogodzinny lot. Jeszcze tylko na drugą kolację dostaliśmy pyszne pesto i poszliśmy spać.


Lis 24 2006

Dzień 20 – Bangkoku ciąg dalszy

Zrobiliśmy drugie podejście pod Pałac Królewski. Na placu pod pałacem znów widzieliśmy wczorajszego „studenta”… Oprócz niego cała masa oszustów tuk-tukowców, tak jak dnia poprzedniego, znów wciska nam kit. Tym razem mówią, że żeby tam wejść trzeba mieć buty zakryte a ja mam klapki. Dodatkowo mówią nam, że pałac otwierają dopiero po południu, bo rano wstęp jest tylko dla Tajów. Oczywiście, żebyśmy nie zmarnowali poranka każdy z nich z ochotą zawiezie nas do innych miejsc, wartych zobaczenia i odwiezie nas z powrotem akurat na otwarcie pałacu. Te miejsca to między innymi Golden Mountain i siedzący Budda, które widzieliśmy dnia poprzedniego…

Trochę niepocieszeni postanowiliśmy na własne oczy sprawdzić o co chodzi z tym pałacem i czemu jest zamknięty ale gdy przed bramą zmieniałem swoje klapki na buty zakryte, zaczepił nas jeden sympatyczny miejscowy człowiek. Nie dość, że powiedział mi, że ten przepis o butach dawno temu znieśli, to jeszcze za darmo wypożyczają tam długie spodnie dla tych, co tak jak ja, przyszli w krótkich spodenkach:) No i oczywiście w środku widać tłum zagranicznych turystów :)

Dobre rady tajskiego rządu, Bangkok, Tajlandia 2006

Jedna z dobrych rad rządu tajskiego: "Don't trust strangers"

Miniatura Angkor Wat, Bangkok, Tajlandia

Miniaturowy Angkor Wat

Cudak w pałacu królewskim, Bangkok, Tajlandia

Cudak w pałacu królewskim

Odnawianie malowideł w pałacu królewskim, Bangkok, Tajlandia

Odnawianie malowideł

Pałac Królewski, Bangkok, Tajlandia

Pałac Królewski

Po przejściu ogromnego kompleksu pałacowego popłynęliśmy do Wat Arrarat za 6 B tam i z powrotem ignorując już wszystkich ludzi oferujących nam transport na drugi brzeg różnymi sztuczkami, kłamstewkami i namawianiem.

Ozdoba w Wat Arrarat, Bangkok, Tajlandia

Ozdoba w Wat Arrarat

Przez pół dnia mimo chmur chodziłem mokry jakbym wziął prysznic i na mokre ciało założył ubranie. Klapki to dobry wynalazek.

Uliczny sprzedawca owoców, Bangkok, Tajlandia 2006

Uliczny sprzedawca owoców

Autobus policyjny, Bangkok, Tajlandia

Autobus policyjny

Tajski toi-toi? Bangkok, Tajlandia

Przewoźna ubikacja?

Khao San, to istna kraina podróby. Od koszulek najbardziej znanych firm przez zapalniczki Zippo po przedruki Lonely Planet i fałszywe prawa jazdy. Nie omieszkałem kupić sobie jednej koszulki, bo skończyły mi się już czyste:)

Monika przy okazji kupiła trochę owoców na wagę ale i tym razem okazało się, że Tajowie nie mają litości. Pani najpierw nie doważyła tak mocno, że w ręku było czuć mniej niż kilogram a później „pomyliła się” wydając resztę. Taki ich urok :)

Wieczorem wstąpiliśmy do Molly Bar na najdroższe piwo w Bangkoku gdzie na dodatek w połowie wieczora kelner, który słowa po angielsku nie znał, zaczął się domagać żebyśmy zapłacili rachunek. Co prawda za 2 minuty przyszedł następny koleś, który nam, mocno podstawową angielszczyzną, wyjaśnił, że tamten kończy pracę i dlatego chciał rachunek ale to było już dwie minuty za późno. Już postanowiliśmy Molly na Ram Buttri, tuż przy Khao San, omijać z daleka. Chyba mieliśmy już przesyt tych wszystkich niezrozumiałych tajlandzkich historii i ludzi wmawiających nam różne kłamstwa.

Taki już urok tego miejsca. Mimo wszystko jest to też jeden z elementów wartych przeżycia na własnej skórze. Podczas obcowania ze sprzedawcami i usługodawcami w Bangkoku trzeba mieć na uwadze co się potrzebuje i godzić się na ich warunki tak długo jak nie kłócą się z naszymi planami. Wystarczy niewielka doza poczucia humoru a nagle okazuje się, że wspaniałych ludzi jest tam jeszcze więcej niż tych szukających łatwego zarobku na białych „bogaczach”.

Na resztę wieczora znaleźliśmy Shamrock Irish Pub na samym Khao San gdzie skutecznie odpoczęliśmy po wrażeniach tego długiego dnia.

Shamrock Irish Pub, Bangkok, Tajlandia

Shamrock Irish Pub


Lis 23 2006

Dzień 19 – Bangkok

W Bangkoku jest strasznie gorąco jak na drugą połowę listopada. Strasznie. Przed czwartą rano, na dworcu autobusowym, było ponad 30 stopni. Dodatkowo zaduch potęgowało sto autobusów z uruchomionymi silnikami.

Democracy Monument, Bangkok, Tajlandia

Pomnik Demokracji w Bangkoku

Miejskim autobusem dotarliśmy na Khao San, gdzie dość szybko, nawet jak na wczesną porę, znaleźliśmy nocleg.

Na podbój miasta rozdzieliliśmy się, bo Krysia z Marcinem byli już wcześniej w Bangkoku i chcieli poglądać to, co pominęli poprzednio a my ruszyliśmy na zwiedzanie miejsc, bardziej uczęszczanych przez turystów.

Trochę czasu zmarnowaliśmy szukając miejsca do wymiany kipów, które nam zostały z Laosu i jedyne, co się dowiedzieliśmy to, że kipów w Bangkoku nie da się wymienić. Zostało nam 30 $ w laotańskiej walucie. Dobry omen, bo trzeba będzie tam kiedyś wrócić i oddać im tę forsę :)

Z Marysią i Moniką poszliśmy pod pałac królewski, który był z powodu jakiegoś święta zamknięty. Przynajmniej tak nam powiedziano. Spotkaliśmy tam jakiegoś tajskiego studenta, wyglądającego na około40 lat, który złapał dla nas tuk-tuka, wytargował z kierowcą cenę z 50 B na 40 i pokazał nam trasę wycieczki po głównych atrakcjach Bangkoku.

Kierowca tuk-tuka, wyglądający na rastamana, przywiózł nas najpierw do siedzącego Buddy, gdzie i kazał nam siedzieć tam 19 minut wypowiadając słowa „very very lucky”:)

Budda, Bangkok, Tajlandia

Jeden z Buddów Szczęścia w Bangkoku

Potem, w drodze do następnego miejsca, zatrzymał się i powiedział, że za podwiezienie nas do pobliskiego krawca dostanie od niego kupon na benzynę. Nie wiedzieć czemu, ale dzięki temu „studentowi”, na trasie naszej wycieczki znalazł się jakiś krawiec, który podobno szyje dla Armaniego i akurat tego dnia kończy się u niego promocja :)

Budda, Bangkok, Tajlandia

Jeszcze jeden Budda

Gdy kierowca naciągnął na następne „two minutes” oglądania „ornaments” u pobliskiego jubilera, zrobiło się to już trochę irytujące, ale przystaliśmy na zmianę trasy pod warunkiem podwózki na dworzec, gdzie umówiliśmy się z Krysią i Marcinem.

Nasz tuk-tuk, Bangkok, Tajlandia

Nasz tuk-tuk

Gdy, przez to wożenie do krawca i jubilera, zostało nam dość mało czasu do 17, o której byliśmy umówieni na tym dworcu, rastaman zwiał nam pod Golden Mountain…

To ten pan nam nawiał :) Bangkok, Tajlandia

To on nam nawiał :)

Wysadził nas, my weszliśmy na górę i gdy wróciliśmy najzwyczajniej w świecie go już nie było. Na wszelki wypadek obeszliśmy wzgórze dwa razy ale po nim nie został żaden ślad. Wychodzi na to, że 40 B to nie jest cena, za którą opłaca się nas wozić.

„You help me i help you” powiedział gdy nas zabierał… Pieszo dotarliśmy na dworzec z 45 minutowym opóźnieniem.

Widok z Golden Mountain, Bangkok, Tajlandia

Widok z Golden Mountain

Na Khao San wróciliśmy gdy właśnie rozkwitł. Tłumy ludzi, masa neonów i zewsząd muzyka. Zjedliśmy ryż z ulicznego wózka a Dzieciaki wzięły paat tai – makaron z sosem i zalegliśmy w knajpie przy jedynym stoliku pod wentylatorem.

Pod koniec, pod wpływem paru Cheers Beer, zagraliśmy w karty a stawką było zrobienie sobie przez przegranego tatuażu na koszt reszty. Każdy chciał przegrać ale udało się Marcinowi… :)

Jeden obraz wart jest tysiąca słów, palenie szkodzi. Tajlandia

Jeden obraz wart jest tysiąca słów. Palenie szkodzi.