Wszystkie wpisy dotyczące miejsca 'Guangzhou'

Lis 8 2006

Dzień 4 – W pociągu K365 Guangzhou-Kunming

Gdy jest się w pięć osób, pokoje bez prysznica są bardzo praktyczne. Oznacza to, że jesteśmy zmuszeni użyć wspólnego prysznica na korytarzu. Bardzo skraca to czas od pobudki do pełnej gotowości, ponieważ nie trzeba czekać aż kolejno wszyscy się umyją. Co prawda spodziewałem się w tych prysznicach tłumów ale około 7:30 rano kręcił się tam tylko jeden facet.

Zdjęcie ulicy, Kanton, Chiny

Kanton

Nasz hotel nie serwuje śniadań w cenie ale można sobie dokupić śniadanie, które w formie bufetu serwuje hotelowa kuchnia. Jednak po szybkim komisyjnym obejrzeniu zawartości „szwedzkiego stołu” podjęliśmy decyzję, że na wysepkę Shamian Dao lecimy na głodniaka. Liczyliśmy, że po drodze da się zjeść coś normalnego.

Shamian Dao, Guangzhou, Chiny

Shamian Dao, Guangzhou

Sieć metra w Kantonie jest bardzo dobrze rozbudowana więc na wyspę dotarliśmy stosunkowo szybko. Po przejściu całej, pooglądaniu tubylców ćwiczących w parku taniec i tai chi zatrzymaliśmy się na kawę w jednej z kawiarenek a następnie podążyliśmy do taoistycznej świątyni Guangxiao Si.

Chińczycy ćwiczący w parku, Guangzhou, Chiny

Chińczycy ćwiczący w parku Shamian Dao

Guangxiao Si to bardzo spokojne, wyciszone miejsce w centrum wielkiego miasta. W środku pusto, jedynie na samym końcu jeden facet w ciszy ćwiczący taijiquan.

Robiło się późno, a pokój musieliśmy opuścić do południa, więc szybko poszliśmy, mijając ulice pełne małych sklepików sprzedających elektronikę, do Kwietnej Pagody Hua Ta. Przy kasie okazało się, ze Maria nie ma portfela…. 250Y dostało żółciutkich nóżek. Za bardzo się spieszyliśmy i kupując po drodze wodę portfel gdzieś się zawieruszył.

Ponieważ resztę czasu przeznaczonego na Kanton zużyliśmy na szukanie portfela więc prawie truchtem dotarliśmy na stację metra i 12:05 wymeldowaliśmy się z hotelu.

Bambusowy wiersz, Kanton, Chiny

Bambusowy wiersz w Guangxiao Si

Już z plecakami wstąpiliśmy do McDonalds po drugiej stronie ulicy od naszego hotelu. Po przeciwnej stronie ulicy, w przypadku dworca w Kantonie, oznacza 20 minutowy spacer ale przed 25-godzinną podróżą pociągiem lepiej nie eksperymentować z jedzeniem więc klimatyzowany McDonalds zdawał się dobrym wyborem.

Czerwony i mokry zjadłem frytki i, jak przystało na Chiny, słodkie ciastko z grochem.

Ulica w Kantonie, Chiny

Kanton

Na stację dotarliśmy w samą porę. Gdy jest się na dworcu i pokazuje bilet z pytaniem w oczach „gdzie to jest?” a ktoś wtedy pokazuje palcem niebo, oznacza to, że właściwy peron jest… na pierwszym piętrze…:) Właściwie znajduje się tam poczekalnia a nie peron a, że Chińczycy partery oznaczają numerem 1 to tak naprawdę jest to pierwsze piętro. Mimo wszystko jest to sprawa dość niecodzienna.

Spędziliśmy chwilę w poczekalni, z jakimiś pół tysiącem chińczyków, i chwilę przed odjazdem wpuścili nas do pociągu. Zabawne, że tam jak ma się wagon numer 15, to znaczy, że jest ich co najmniej 15 :) Chińskie pociągi są bardzo długie i trochę to wydłuża spacer po peronie.

Nasze łóżka mieliśmy na samej górze i było to świetne rozwiązanie. Plecaki były w zasięgu ręki i nikt nam nie zaglądał a za to my widzieliśmy wszystko. Tylko nogi współpasażerom z lekka zalatywały. Zresztą nam pewnie też :)

Przedział sypialny w chińskim pociągu, Chiny

Przedział sypialny w chińskim pociągu

Pociąg wyposażony jest w bardzo praktyczną maszynę z wrzątkiem, bardzo czyste, w porównaniu do polskich, ubikacje typu „narciarz” i osobne umywalnie. Chodziła też pani z klapkami po 1Y i pan z kubełkami pełnymi klusek, na których było sadzone jajo, posypane tartą marchewką, która z kolei była posypana kawałkami mięsa. Całą tę konstrukcję, gdy ktoś to zamawiał, facet zalewał łyżką jakiejś brunatnej zupy.

Ciągle leci głośna muzyka. Raz chińska, raz zachodnia, raz poważna – wszystko przerywane od czasu do czasu komunikatami o stacjach. Czasem też leci chińska muzyka robiona na zachodnią. Pop albo coś tego typu. Najciekawiej miał Marcin, którego łóżko było zaraz koło głośnika :) Dla mnie dobrą wiadomością było to, że papierosy palić można przy ubikacji i, wbrew pozorom, nie ma tam tłumów.

Dzieciaki szybko poszły spać a ja oglądałem sobie pociąg. Było jeszcze mnóstwo czasu na sen – tak ze 25 godzin:)

Maszyna z wrzątkiem, chiński pociąg

Dystrybutor wrzątku w chińskim pociągu

Widoki za oknem średnie. Niby to Chiny ale te budujące się miasta i miasteczka tworzyły czasami widoki jak na trasie Warszawa-Wrocław.

Na tych naszych górnych łóżkach trochę za mocno wieje z klimatyzacji.

Chińczycy mają bardzo praktyczne pojemniki. Coś jak wąski wysoki słoik z pętelką do noszenia i nakrętką. Widywałem to co chwilę. Nalewali w to wrzątku ale niestety nie zaobserwowałem co z tym dalej się dzieje ani czy ten wrzątek zaprawiają herbatą. Postanowiłem sprawić sobie taki przy najbliższej okazji.

Chińskie słoiki na herbatę

Słoik na herbatę


Lis 7 2006

Dzień 3 – Z Makau do Guangzhou

Po krótkim śnie wstać było ciężko więc oglądać ruiny katedry św. Pawła udaliśmy się w średnich nastrojach. Tuż obok katedry jest wzgórze Fortaleza do Monte, z którego można zobaczyć na panoramę miasta, i na którego zboczu, w cieniu drzew, można lokalni panowie wyprowadzają na spacer swoje ptaszki:)

Katedra św. Pawła w Makau

Ruiny katedra św. Pawła w Makau

Obiad zjedliśmy w jakiejś przypadkowej knajpce, potem Dzieciaki trochę pointernetowały i pożegnaliśmy Makau. Zgodnie ze wskazówkami, które poprzedniego dnia przekazywała nam cierpliwie i mozolnie pani od biletów, małym busem dojechaliśmy do granicy z Chinami.

Panowie wyprowadzają swoje ptaszki na spacer, Makau

Panowie wyprowadzają swoje ptaszki na spacer, Makau

Dopiero, gdy po kolei wydarzały się wszystkie rzeczy, które bileterka nam mówiła i rysowała uwierzyłem, że doskonale zrozumiała gdzie chcemy się dostać :)

Odróżnianie fałszywych leków od prawdziwych, Makau

Jak odróżnić fałszywe leki od prawdziwych

Po stronie chińskiej, po wypełnieniu kolejnych formularzy, miła pani z informacji zaprowadziła nas na stację autobusową i usadziła w poczekalni. Znów nie wiedzieliśmy czy dobrze robimy ale po przygodzie z dnia poprzedniego, wzrosła nasza wiara w to, że tubylcy idealnie wiedzą czego nam potrzeba. Po mniej więcej pół godzinie dziewczyna wróciła i wpakowała nas do autobusu. Nie dość, że jechał do Kantonu, to jeszcze odjeżdżał wcześniej niż ten, na który posiadaliśmy bilety :)

Chińskie lampiony w Makau

Makau

W Kantonie wysadzili nas pod jakimś hotelem. Spod niego przemaszerowaliśmy w pełnym rynsztunku z 5 km pod dworzec kolejowy, co delikatnie podniosło poziom stresu w grupie:) Od razu weszliśmy do środka kupić bilety.

Pani bileterka, pomimo tego, że tylko nad jej okienkiem widniał znajomo wyglądający napis „Booking”, po angielsku nie mówiła i wskazała okienko obok. Tam, już bez kolejki, za to z przerwami na momenty, gdy Chińczycy bezpardonowo wciskali się między nas a bileterkę kupując swoje bilety w tak zwanym międzyczasie, dostaliśmy bilety na hard sleeper w pociągu K365 relacji Guangzhou-Kunming.

Z dworca pomaszerowaliśmy prosto do Youth Hotel, który na szczęście był bardzo blisko. Wzięliśmy dwie dwójki i jedynkę dla Marysi. Nasz pokój zalatuje stęchlizną i nie ma w nim toalety ani prysznica ale jest tanio.

Dworzec kolejowy, Kanton, Chiny

Dworzec kolejowy w Kantonie

Wieczorem wyszliśmy szukać czegoś do zjedzenia. Bilet na metro kosztuje 2 Y więc kawałek podjechaliśmy metrem i dotarliśmy w rejony, w których było wyjątkowo mało turystów. Idąc ulicą zatrzymaliśmy się przy knajpce sprzedającej mięso z rożna. Jak zaczęliśmy się wpatrywać w ofertę, która wcale nie przypominała drobiu dwie Chinki stojące obok z wielką radością pozbawiły nas wątpliwości – na rożnach piekły się psy. W sumie to Kanton, nie powinno nas to dziwić…

Za psy z rożna podziękowaliśmy ale, że byliśmy już głodni weszliśmy do pierwszej napotkanej restauracyjki, gdzie okazało się, że nikt z obsługi nie mówi po angielsku. Wspomagając się rozmówkami angielsko-chińskimi i menu schowanym do kieszeni w Makau, zamówiliśmy naszą kolację, na którą składał się ryż, makaron i dziwne, rozgotowane brokuły. Kelnerki miały mnóstwo uciechy, gdy przyniosły nam, dla sprawdzenia czy się dogadaliśmy, surowe warzywa i pokazały gestami, że mają zamiar je ugotować.

Metrem wróciliśmy do hotelu gdzie grą w kości przy piwku, zajadając śliczny Dragon Fruit (Hylocereus undatus zwany też pitaja, pitaya lub pitahaya) i oglądając kreskówki dubbingowane przez Marcina zakończyliśmy wieczór. Koło 0.30 postanowiliśmy zrobić małe, testowe pranie.