Wszystkie wpisy dotyczące miejsca 'Hohhot'

Wrz 12 2010

Dzień 6 – Pociągiem po Chinach

Rano, lekko przemarznięci, wstaliśmy, pożegnaliśmy się z żoną gospodarza i poszliśmy łapać autobus jadący z powrotem do Hohhot. Nikt nie potrafił nam powiedzieć kiedy odjeżdża ale zrzuciliśmy plecaki po drugiej stronie drogi, na której nas wysadzono dnia poprzedniego i machaliśmy na wszystkie autobusy jadące w kierunku Hohhot.

Zahoe, Chiny

Nadszedł czas wyruszać dalej

Złapanie autobusu zajęło mniej niż pół godziny.

Plan przewidywał, że pojedziemy teraz do Taiyuan. Bilety mieliśmy kupione dwa dni wcześniej, więc bez problemów zapakowaliśmy się do pociągu i opuściliśmy Mongolię Wewnętrzną. Tym razem w przedziale sypialnym tzw. hard sleeper :)

Wagony hard sleeper w chińskich pociągach wyglądaj zupełnie jak polskie wagony sypialne z tą różnicą, że przedziały są otwarte na korytarz i na najniższych łóżkach oficjalnie siadają wszyscy, którzy łóżka mają powyżej.

Hard sleeper, widok z łóżka środkowego, Chiny

Widok z łóżka środkowego w chińskim hard sleeper

Gdy wszyscy pasażerowie zaczęli przygotowywać się do kontroli biletów zorientowaliśmy się, że nasz pociąg przez Taiyuan jedzie do Xian. Po chwili główkowania stwierdziliśmy, że rezygnując z Taiyuan oszczędzilibyśmy dwa dni, więc postanowiliśmy zmienić plan i pojechać od razu do Xian. Duży plus backpackingu polega na tym, że plany można modyfikować do ostatniej chwili :)

Co wydaje się proste nie jest takim gdy ma się do czynienia z konduktorami w chińskich pociągach. Otóż sympatyczna pani konduktor żadnymi siłami nie mogła pojąć czego od niej oczekujemy… Zdaje się, że podróżujący chińskimi kolejami nie dokonują takiej operacji często…

Automat z wrzątkiem w pociągu, Chiny

Kolejne zdjęcie dystrybutora wrzątku do kolekcji

Palarnia w chińskim pociągu, Chiny

Tutaj jest palarnia

Na szczęście na końcu naszego przedziału znalazły się dwie młode Chinki, które potrafiły po angielsku pisać i czytać. Właśnie tak. Nie potrafiły mówić po angielsku ale potrafiły po angielsku pisać i czytać. Tak więc posługując się kartką, długopisem i telefonem do przyjaciela, pomogły wytłumaczyć pani konduktor jakież to niecne zamiary mamy. W odpowiedzi usłyszeliśmy/przeczytaliśmy, że najprościej będzie wysiąść w Taiyuan i kupić bilety w kasie :) Taka opcja w ogóle nas nie urządzała. Po następnych paru chwilach dziewczyny przekazały nam, że podobno istnieje możliwość zakupienia biletu u kierownika pociągu, który podobno dostępny będzie później. Podobno.

Hard sleeper, Chiny 2010

Hard sleeper nocą

Dziewczyny się pożegnały i wysiadły na następnej stacji a my nie do końca przekonani, że zostaliśmy dobrze zrozumiani, pojechaliśmy dalej. Główne wątpliwości wzbudzała jakość wymiany informacji, bo co łatwo się pisze teraz, nie było proste wtedy. Zasób słów angielskich naszych rozmówczyń, chociaż o niebo wyższy niż nasz zasób słów chińskich, pozostawiał duży margines błędu…

Ubikacja w chińskim pociągu, Chiny

Ubikacja w chińskim pociągu

Umywalki w chińskim pociągu, Chiny

i umywalnia

O godzinie 23 z minutami, gdy pociąg ruszył ze stacji w Taiyuan zdecydowanie się uspokoiliśmy. Pani konduktor nas znalazła, zaprowadziła do do pana konduktora gdzie z przenośnej drukareczki dostaliśmy nowe bilety. Niestety nie zostały potraktowane jak dopłata do obecnego biletu i kosztowały tyle, co zwykłe bilety na pociąg relacji Taiyuan-Xian. Ostatnią skomplikowaną opcją do przekazania, która pozostała było to, że musimy koniecznie zmienić łóżka ze środkowych na najwyższe, bo na nasze dotychczasowe nie mogli nam sprzedać biletów. Przecież pościel była używana… :) Posłusznie przenieśliśmy się na najwyższe łóżka i już bez żadnych przygód poszliśmy spać.

Cherish your life Do not jump down

Cherish your life Do not jump down


Wrz 11 2010

Dzień 5 – Jurty w Xilamuren

Wstaliśmy wcześnie rano na autobus, który miał nas zawieźć do Zahoe przy Xilamuren. Przed wyjściem zajrzeliśmy jeszcze na stołówkę, bo w cenie noclegu mieliśmy śniadanie. Okazało się, że nasze rozumienie śniadania hotelowego jest mocno odmienne od tego w Mongolii Wewnętrznej.

Zaserwowano, w formie szwedzkiego stołu, faszerowane bułki-niespodzianki, aż trzy rodzaje zup typu rosół, jajka i warzywa z ryżem po chińsku. Pani kelnerka była bardzo ubawiona mogąc nas oświecić, że kawy nie ma w ofercie restauracji hotelowej. O tym, że nie było herbaty ani soków owocowych zorientowaliśmy się już sami. Całokształt śniadania nie przeszkadzał miejscowym z miasta, którzy w sporych grupkach przychodzili posilić się na hotelowej stołówce po uprzednim wykupieniu specjalnych kuponów.

Chińskie podróbki, Hohhot, Chiny

Chińskie podróbki, Hohhot

Jak na złość w żadnym sklepie po drodze nie było nawet kawy w puszkach.

Wszechobecne skanery bagaży przed wejściami na dworce są esencją Chin. Może nie skanery jako takie a sposób w jaki się to skanowanie odbywa. Otóż dwie lub czasem trzy osoby pilnują, żeby przypadkiem nawet najmniejsza paczuszka nie przeniknęła przez system bez skanowania. Robią to tylko po to, żeby osoba obsługująca skaner mogła stojąc plecami do ekranu i rozmawiając przez telefon komórkowy, okazać nam maluczkim, jak nieważni jesteśmy wobec potęgi ludowej władzy. Cóż, jak się komuś nie podoba, może siedzieć u siebie…

Skaner bagaży na dworcu, Hohhot, Chiny

Skaner bagaży na dworcu w Hohhot...

Skaner bagaży na dworcu, Hohhot, Chiny

..nie jest tak pilnie strzeżony

Na dworcu chodząc od okienka do okienka dowiedzieliśmy się, że przez bramki do autobusu nas nie przepuszczą, bo pół godziny do odjazdu to jeszcze jest za wcześnie. Natomiast 20 minut później zajęliśmy ostatnie dwa miejsca w autobusie ewidentnie przegapiając moment pomiędzy „za wcześnie” a „już czas najwyższy”.

Ciekawe uczucie zagubienia spotyka człowieka wtedy, gdy nawet pan zachęcający nas do wycieczki pokazując jakieś zdjęcia na opisanej po chińsku wizytówce, potrafi po angielsku powiedzieć tylko „Hello”. Ba! Ten pan nawet nie rozumie, że my nie rozumiemy! Dalej nam uparcie powtarza swoje w języku, który, nota bene, brzmi trochę inaczej niż ten ze stolicy.

Zagubienie dotyka szczególnie dlatego, że plan wyjazdu pokazuje, iż jesteśmy jeszcze w miejscu w miarę cywilizowanym. I pokazuje również, że to jest właśnie ten moment, w którym znajduje się granica przed nieznanym.

Jedziemy jeszcze dalej i mamy trochę obaw gdzie będziemy dziś spać, skoro tak prostej rzeczy jak kawa nie udało się zorganizować na śniadanie… Jakim sposobem Marco Polo, który w swoją podróż wybrał się setki lat przed nami, dogadywał się tutaj? Skąd wiedział gdzie warto jechać, jak się tam dostać i co tam warto kupić?

Brak możliwości porozumienia się jest dodatkowo frustrujący, ponieważ wszyscy zaczepieni wokół mają dla nas akurat tyle czasu aby pochylić się nad naszymi potrzebami, pokręcić głową i odpowiedzieć coś po chińsku. I pewnie mówią coś w stylu: „trzeba się było języka uczyć”…

Z Chińskiej mowy wynika dla nas mniej więcej tyle samo, co z chińskiego pisma. Trzy zapytane osoby pokazują trzy różne kierunki często nie wiedząc nawet czego szukamy. Jeden pan na dworcu, po wręczeniu mu naszego biletu z okazaniem międzynarodowego gestu okazanej bezradności, głośno przeczytał jego treść i palcem pokazał przeciwny kierunek niż ten, w którym znajdował się autobus… :)

Ale nie chodzi o to, żeby było prosto, szybko i zawsze przyjemnie. Na takie wakacje jeździć będziemy na emeryturze.

To są właśnie te chwile, dla których warto chociaż raz w życiu zdecydować się na backpacking. Człowiek poznaje siebie, doznaje niecodziennych wrażeń i chociaż częściowo ma szansę odczuć jakie jest jego miejsce we wszechświecie. W tych momentach nie myśli się ani o przeszłości, ani o przyszłości a jedynie o tym, co dzieje się tu i teraz a wszystkie problemy świata zostają ograniczone do odpowiedzi na pytania co będziemy jeść i gdzie będziemy dziś spać.

Nie spotkaliśmy ani jednego turysty od wyjazdu z Pekinu dwa dni temu. Sami Chińczycy, chociaż po twarzach widać, że większość jest z innej grupy etnicznej niż ci z centrum. Z grupy mniej śmiecącej.

Autobus ruszył 10 minut przed czasem.

Jeśli kogoś ciekawiło, jak się pisze SMS-y, mając tysiące znaków alfabetu do wyboru, to robi się to najczęściej paznokciem po ekranie dotykowym.

Śmigła elektrowni wiatrowej, Chiny

Będzie z tego elektrownia wiatrowa

Po paru godzinach jazdy bileter odezwał się do nas ewidentnie sugerując, że to już nasz przystanek. Wstecz nie było nic prócz drogi, parę kilometrów w przód widać było Xilamuren a droga w bok prowadziła do Zahoe, osiedla jurt widocznego jakiś kilometr dalej.

Wewnętrzna Mongolia, Chiny

Wewnętrzna Mongolia, Chiny

Zahoe, Chiny

Zahoe

Na przystanku autobusowym już czekał na nas sympatyczny Chińczyk na motocyklu, po którego najprawdopodobniej zadzwonił bileter z naszego autobusu po tym jak dowiedział się gdzie jedziemy.

Ów pan zaproponował abyśmy wszyscy z plecakami wsiedli na jego motocykl ale, że nie bardzo sobie to wyobrażaliśmy to po wymianie paru uśmiechów grzecznie i bez słowa poszliśmy za nim. Niestety nasz pan nie znał ani słowa po angielsku więc dogadywanie się na migi pozostawiliśmy sobie na moment, gdy już będziemy na miejscu.

Mongolia Wewnętrzna, Chiny

Mongolia Wewnętrzna, Chiny

Na miejscu, za 80Y od osoby dostaliśmy własną jurtę na nocleg. Chwilę później nasz gospodarz zorganizował nam też konną przejażdżkę za 100Y od łebka. Przystaliśmy i na to. Może przepłacaliśmy ale z braku jakiejkolwiek karty przetargowej postanowiliśmy brać ich ceny. Ponadto nocleg w Mongolii miał być jednym z głównych punktów podróży i nie chcieliśmy nic zepsuć.

Jurta, Zahoe, Chiny 2010

Nasza jurta

Jurta w środku, Zahoe, Chiny

Tak wygląda nasza jurta wewnątrz

Dogadywanie się na migi z naszym gospodarzem jest dosyć zabawne. Ogólnie jest bardzo inteligentnym facetem i w mig łapie o co nam chodzi ale jeśli chodzi o przekazanie nam swojej myśli wtedy mówi dużo i powoli po swojemu, rysuje rebusy w moim notatniku i jakoś idzie.

Mongolia Wewnętrzna, Chiny

Mongolia Wewnętrzna, Chiny

Mongolia Wewnętrzna, Chiny

Mongolia Wewnętrzna, Chiny

Po przejażdżce konnej z kolejnym panem, który słowa po angielsku nie mówił wróciliśmy pod naszą jurtę gdzie od żony gospodarza dostaliśmy wrzątek i przyrządziliśmy sobie zupki na obiad. Umówiliśmy się też, znów na migi, że kolację chcielibyśmy zjeść wieczorem i poleniuchowaliśmy w jurcie przeczekując upał. Na podwieczorek zjedliśmy ciastka popijając kawę 3w1, które przywieźliśmy ze sobą i poszliśmy na rozpoznanie okolicy.

Zahoe, Chiny

Zahoe, Chiny

Zahoe, Chiny

Jurty w Zahoe

Zahoe to osiedle jurt tuż przed Xilamuren. Wbrew temu, co można by sądzić, nie mieszkają tu potomkowie Mongołów a Chińczycy. Przyjeżdżają do nich pełne autobusy chińskich turystów aby pojeździć konno.

Autobusy pełne turystów przyjeżdżają tu pojeździć konno, Zahoe, Chiny

Autobusy pełne turystów spragnionych konnych przejażdżek

W naszej części, tej bliższej drogi, nie ma infrastruktury więc całe zakupy należy umawiać z gospodarzem. Na drugim końcu osiedla stała jurta tancbuda i coś na kształt jurty sklepu lecz nie doszliśmy aż tak daleko.

Jurta betonowa, Zahoe, Chiny

Betonowa jurta

Jurta świetlica, Zahoe, Chiny

Jurta-świetlica

Ubikacja jest bardzo podstawowa. Ulokowana jest poza murem odgradzającym osiedle i jest zwykłą dziurą w ziemi otoczoną trzema ścianami. Bieżącej wody brak. Drzwi nie ma ale za to mieliśmy piękny widok z ubikacji na sąsiednie osiedle.

Ubikacja, Zahoe, Chiny

Ubikacja

Widok z ubikacji, Zahoe, Chiny

Widok z ubikacji

Wieczorem gospodarz przyniósł menu lecz okazało się opisane jedynie po chińsku a zdjęcia w nim były tak niewyraźne, że ciężko było nawet stwierdzić czy potrawa jest zupą czy daniem. W końcu wyciągnęliśmy przewodnik Lonleya i z listy potraw w nim wymienionych gospodarz pokazał palcem co jest na stanie. Zamówiliśmy coś na kształt ratatouille i jiaozi. Ratatouille smakowało nieźle chociaż było pewnie ze słoika ale jiaozi polecam wszystkim i w każdej sytuacji. Jiaozi to rodzaj pierogów nadziewanych najczęściej mięsem z kapustą pekińską i naprawdę smakują wybornie.

Menu, Zahoe, Chiny

Menu

Umyliśmy się przy studni i poszliśmy spać. W nocy było bardzo zimno nawet pomimo tego, że spaliśmy w dresach w śpiworach okrytych wszystkimi kocami, w które wyposażona była nasza jurta.


Wrz 10 2010

Dzień 4 – Mongolia Wewnętrzna

Po północy na jednej ze stacji wsiadła matka z wielką torbą w stylu tych „stadionowych” i dwiema córkami. Młodsza miała na oko dwa lata, starsza maksymalnie dziesięć. Kobieta, trzymając młodszą na kolanach, chwilę posiedziała na torbie, którą postawiła w przejściu a potem usadziła na torbie tę starszą, dała jej na ręce małą i sama gdzieś zniknęła.

Odważnie sobie poczyna zostawiając tu dzieci ale pewnie takie kursy pociągiem o północy to pewnie codzienność dla tych małych. Po pół godzinie widzę jak starszej głowa zaczyna opadać ale co jej głowa poleci to się budzi, poprawia młodszą w objęciach i próbuje nie zasnąć.

Obserwuję co dalej będzie się działo a tu matka skądś wraca, zabiera małą i zostawia starszą samą na torbie w środku nocy wśród obcych ludzi. Nie nasze standardy ale co mnie to w sumie obchodzi. Skoro dzieciak miał już wolne ręce, to wykombinowałem żeby się zdrzemnęła chwilę na moim miejscu bo siedząc na tej torbie nawet nie ma nawet o co głowy oprzeć.

Jakoś się dogadaliśmy i, za namową współpasażerów, usiadła obok Moniki a ja przycupnąłem sobie na podłodze przy umywalce bo raz, że był to dobry punkt obserwacyjny, dwa, mogłem bez ruszania się nigdzie zapalić papierosa i trzy, byłem teraz pomiędzy lokalnymi licząc, że coś z tego wyniknie.

Wymieniliśmy się papierosami ale chińskie były dla mnie były zdecydowanie zbyt ostre a moje dla nich zbyt słabe i ewidentnie im nie smakowały. Pogadaliśmy trochę, ja do nich po angielsku, oni do mnie po swojemu ale i tak śmiechu trochę przy tym było.

Siedziałem sobie na podłodze obok ubikacji, pod tyłkiem miałem parę gazet, plecami byłem oparty o starszego pana obok i tak samo jak wcześniej na fotelu, znów nie mogłem zasnąć. Nawet jak na którejś stacji się przeluźniło i dostała mi się miejscówka na umywalce gdzie oparty o okno siedząc na umywalce przynajmniej miałem dopływ świeżego powietrza pod kontrolą. W pociągu było zbyt widno i zbyt niecodziennie.

Do Hohhot dojechaliśmy o 5:30.Gdy opuszczaliśmy przedział czułem się jakbym zostawiał znajomych. Z paroma osobami się pożegnałem i poszliśmy szukać hotelu.

Pod hotelem, który jest parę kroków od dworca, byliśmy dziesięć minut później. Portier otworzył drzwi hotelu po minutach dwudziestu a recepcjonistka obudziła się po dwudziestu kolejnych. Tak więc po załatwieniu formalności, mniej więcej godzinę od wyjścia z pociągu, mogliśmy w końcu iść odespać podróż.

Hohhot Railway Hotel za przyzwoitą cenę 168Y od pary oferuje trochę wyższy standard niż ten, do którego przywykliśmy: wielkie kryształowe lustra i marmur na korytarzach, skórzane fotele, miękkie dywany a w pokoju kablówkę.

Pokój w Hohhot Railway Hotel, Chiny

Niezłe luksusy...

Korytarz hotelu Hohhot Railway, Chiny 2010

...jak na backpackerów :)

Wiedzieliśmy, że ten luksus długo nie potrwa na naszej wyprawie więc pozostawało korzystać.

Z drzemki wstaliśmy około 13 i poszliśmy kupować bilety. Według planu mieliśmy jutro jechać szukać jurt na nocleg a pojutrze opuścić prowincję Mongolia Wewnętrzna. W kasach kolejowych, z pomocą kartek z wydrukowanych w domu z rozkładami interesujących nas pociągów, udało się kupić bilety na pojutrze. Na dworcu autobusowym posiłkowaliśmy się miejscową panią, która całkiem niezłym angielskim pomogła nam kupić bilety do Xilamuren na dzień następny. Dobrze, że w podróży zdarzają się czasem takie momenty, gdy przypadkowa osoba ma czas i chęci aby pomóc nieroztropnym, nie znającym języka, turystom.

Dworzec kolejowy a po lewej autobusowy, Hohhot, Chiny

Na wprost dworzec kolejowy a po lewej autobusowy

Pogoda była piękna a miasto czyste tylko mało turystyczne. Zrobiliśmy sobie długi spacer w poszukiwaniu opisywanej w przewodniku starówki.

Bilard na ulicy, Hohhot, Chiny

Bilard na ulicy

Sprzedawca drobiu, Hohhot, Chiny

Sprzedawca drobiu

Najpiękniejszym miejscem jakie udało nam się znaleźć była uliczka pełna straganów, bardzo klimatyczna gdzie akcenty chińskie mieszały się z mongolskimi. Pospacerowaliśmy trochę w poszukiwaniu suwenirów. Oprócz wypchanego wielbłąda nie znaleźliśmy nic co warte byłoby targania ze sobą jeszcze prawie trzy tygodni. Niestety wielbłąd był rozmiaru rzeczywistego więc też został…

Stara uliczka, Hohhot, Chiny

Uliczka na starówce

Chinka z północy, Hohhot, Chiny

Dzień dobry! :)

Wypchany baktrian, Hohhot, Chiny

Wypchany baktrian

Po spacerze, gdy odpoczywaliśmy na ławce, kątem oka zobaczyłem jak jedna młoda dziewczyna robi nam ukradkiem zdjęcie z komórki. Nie omieszkałem odwdzięczyć się jej tym samym. Ośmielona moją reakcją podeszła poprosić o wspólne zdjęcie.

Chinka, Hohhot, Chiny

Na kolację poszliśmy do Little Lamb City Hotpot. W środku był ogromny tłum ludzi miejscowych co wzbudzało trochę niepokoju zważywszy, że obsługa nie mówi po angielsku. Dodatkowo dostaliśmy jakąś kartkę z numerkiem lecz nikt nie potrafił nam powiedzieć co z nią zrobić. Po kwadransie stania ze zdębiałymi minami jakaś młoda Chinka, płynną angielszczyzną, wyjaśniła nam, że faceci w białych kitlach i pani w fioletowym organizują wszystkim stoliki w kolejności owych numerków i poleciła nam czekać. Po kolejnych dziesięciu minutach zaproszono nas do stolika i dostaliśmy menu. Po chińsku i bez żadnych obrazków…

Kelnerka nie była zbyt rozgarnięta ale przytomna na tyle, że zorganizowała jakiegoś kelnera, który jako tako po „naszemu” mówił i pomógł nam wybrać dania, zaznaczając je na specjalnej karteczce.

Kartka do zaznaczania wybranego posiłku w Little Lamb City Hotpot, Hohhot, Chiny

Kartka, na której zaznacza się swoje zamówienie w Little Lamb City Hotpot

Potem na stolik z ceramiczną grzałką po środku trafił garnek z dwoma „rosołami” – łagodnym i pikantnym. Całość przypomina trochę koreańskie barbecue, które jadaliśmy w Laosie, gdzie chodzi o to, że klient surowe warzywa, tofu i mięso sam sobie przyrządza według własnego uznania. Po piętnastu minutach na stole dalej mieliśmy garnek i mięso a pozostałe rzeczy gdzieś zaginęły. Nawet napojów nam jeszcze nie doniesiono. W końcu Monika opieprzyła kelnerkę i przynieśli resztę. Piwo i herbatę dostaliśmy dopiero po kolejnej interwencji. Czy to za sprawą nieładnego ugoszczenia, czy za sprawą niefortunnego doboru ingrediencji hotpot smakował nam średnio.