Wszystkie wpisy dotyczące miejsca 'Luang Prabang'

Lis 20 2006

Dzień 16 – Jedziemy do Vientiane

Tego dnia wstaliśmy we dwójkę wcześniej i zjedliśmy śniadanie w Vilay, bo Monika spieszyła się na masaż kamieniami. Ceny masażu w Laosie są na tyle rozsądne, że postanowiła wykorzystać każdą okazję. Gdy już wszyscy byli po śniadaniu, wymeldowaliśmy się. Cały dzień postanowiłem chodzić w bluzce na długi rękaw, żeby choć trochę zaleczyć poparzenia z kajaków.

Kumple, Luang Prabang, Laos

Kumple

Dzieci wracają ze szkoły, Luang Prabang, Laos

Kto powiedział, że skuter jest dwuosobowy?

Zajrzeliśmy jeszcze na na dzienny targ, żeby sprawdzić czy nie da się tam kupić jeszcze trochę souvenirów. Podczas tej podróży już zdążyliśmy się nauczyć, że jak nadarza się okazja kupienia czegokolwiek, co nam się podoba, należy to kupować jak tylko się pojawia, bo prawdopodobieństwo spotkania takiej lub podobnej rzeczy w dalszej części podróży jest znikome.

Bezpański kogut? Luang Prabang, Laos

Wszechobecne koguty

Targ w Luang Prabang, Laos

Targ dzienny

Był to wyjątkowo gorący dzień, więc postanowiliśmy przeczekać upał grając w kości w knajpce nad wysokim brzegiem Mekongu.

Mekong, Luang Prabang, Laos

Mekong

Mekong, Luang Prabang, Laos

Mekong

Plecaki, dzięki życzliwości właścicielki, przetrzymaliśmy w Vilay. Przy okazji przesuszyliśmy sobie u niej na sznurkach, przemoczone na kajakach, rzeczy gdyż tak samo jak wcześniej, rzeczy pozostawione do suszenia na noc nie wyschły ani trochę.

Pani na skuterze, Luang Prabang, Laos

Podobnie jak w Chinach, tutaj opalenizna też nie jest modna

Po godzinie 15 poszliśmy jeszcze na wzgórze wyrastające nad Prabang.

Nagi przed Wat Ho Xiang, Luang Prabang, Laos

Nagi strzegące wejścia do Wat Ho Xiang

Luang Prabang z Phu Si, Laos

Widok z Phu Si

Widok na Nam Khan, Luang Prabang, Laos

Widok na Nam Khan

Obiad zjedliśmy w Khmu, gdzie pyszna sałatka Khmu, sałatka serowa i ziemniaki z tofu ukoronowały nasz pobyt w Luang Prabang a dzieciaki poszły do hindusa Nazim. Sok z papai, który dostałem do obiadu smakuje średnio, bo przypomina rozrzedzony, dosłodzony i zbyt gęsty sok arbuzowy ale za to ten arbuzowy w Khmu jest pycha.

Gdy wróciliśmy do naszego guesthouse’u po plecaki, Marcin znalazł prysznic z ciepłą wodą na parterze… Parę kąpieli w zimnej wodzie okazało się niepotrzebnych :)

Night street market, Luang Prabang, Laos

Nocny targ

Po godzinie 18 tuk-tuk nas zabrał na dworzec za miastem gdzie spotkaliśmy jedną Polkę, Monikę, która jeździła po Laosie sama już od 3 miesięcy. Okazało się, że też jedzie do Vientiane więc Marysia miała parę do fotela, dzięki czemu nie musiała siedzieć z jakimś tubylcem.

Autobus przy dźwiękach lokalnej muzyki i w podskokach pomknął przez noc a my, wraz z wyruszeniem na południe, nabraliśmy nieprzyjemnego uczucia, że zaczęła się droga powrotna do domu…

Żeby nie było zbyt prosto ani zbyt mało po laotańsku, w naszym autobusie po trzech godzinach pękła opona i kierowca w asyście pana, z karabinem na plecach, założył na zmianę oponę absolutnie drugą ale całkowicie łysą :) Ten „ochroniarz” z karabinem to chyba stąd, że w tych latach zdarzały się napady rabunkowe na autobusy jadące w kierunku stolicy.

Czekając aż panowie uporają się z kołem znów mieliśmy okazję oglądać piękne gwiazdy. Niebo jest tu zupełnie inne niż nad Polską.

Nie rozumiem tylko dlaczego, skoro noce są bezchmurne to jest problem z przesuszeniem prania do rana.


Lis 19 2006

Dzień 15 – Kajakiem po Nam Khan

Wstaliśmy o 7 rano, żeby zjeść śniadanie przed wyjazdem na kajaki, na które zapisaliśmy się poprzedniego dnia. Śniadanie w guesthousie Vilay to jedyne miejsce, w którym skondensowane mleko do kawy, bardzo miła właścicielka podawała nam osobno. Zazwyczaj dostaje się je od razu wlane do kawy i trzeba kombinować z mieszaniem „nie do końca”, żeby kawa nie była za słodka. Jajka sadzone, ciepła bagietka i kawa za 15000 kipów – pycha.

Zapakowaliśmy się z kajakami, kapokami, kaskami i instruktorami do tuk-tuka i po 20 minutach, na brzegu Nam Khan, pakowaliśmy sprzęt do nieprzemakalnych toreb.

Kajaki, Nam Khan, Laos

Przygotowania do spływu

Zanim zdążyliśmy się nauczyć jak trzymać rytm wiosłowania już robiliśmy przystanek nad wodospadem.

Wodospad Tad Sae niedaleko Luang Prabang, Laos

Wodospad Tad Sae

Bardzo ładne miejsce. W szumie hektolitrów wody dali nam ciepły posiłek, Marysia popływała w wodospadzie, Krysia pomoczyła nogi a ja robiłem zdjęcia. Mała dziewczynka, chyba córka właścicieli jadłodajni, miała wiele uciechy pozując do zdjęć, które potem oglądała na wyświetlaczu. Na przyszłą wyprawę trzeba kupić polaroida.

Dziewczynka z nad wodospadu, Laos

Dziewczynka z nad Tad Sae

Dalsza podróż kajakami, w palącym słońcu, mijała monotonnie dopóki nie dopłynęliśmy do kilku pod rząd progów. W jednym za nich, po małym zderzeniu Monika, ja i wszystkie nasze rzeczy, wylądowaliśmy w wodzie.

Skarpetki popłynęły Mekongiem i całe szczęście, że przewodnik uratował mój but. Gdyby z mojej „lekkiej” pary butów jeden popłynął to resztę wycieczki przechodziłbym w traperach. Oprócz utraty skarpetki i obtartego kolana, cała historia skończyła się szczęśliwie ale od czasu tych przełomów mieliśmy wszystko kompletnie przemoczone i przez następną godzinę płynęliśmy w kajako-kałuży. Sprzęt i dokumenty uratowała torba nieprzemakalna. Teraz już wiem, że buty w kajaku nie są potrzebne a za to idealnie pasują do suchej torby.

Dziewczynka znad wodospadu, zdjęcie autorstwa Krysi Włodarczak, Laos

Pokazuj te zdjęcia, Farang!

Wycieczka była bardzo udana i chociaż byliśmy zmęczeni, kompletnie przemoczeni i poparzeni przez słońce to byliśmy zadowoleni.

Jeszcze tego samego wieczora dziewczyny poszły na masaż… :) Na kolację było ulubione jedzenie Marcina – kuchnia indyjska. Dzięki temu odkryłem, że w Indiach chadzałbym głodny – duszące i pikantne potrawy zupełnie mi nie przypadły do gustu. Już zupełnie na koniec dnia zrobiliśmy ostatnie zakupy na nocnym markecie.

Dziewczynka znad wodospadu, Laos

Szczery uśmiech dziecka

Trochę nam brakuje wszechobecnego, chińskiego wrzątku i mi osobiście podobała się ‘wielka dolewka’ herbaty w każdej z restauracji ale z punktu widzenia wegetarianina Laosie mają lepsze jedzenie. A w owym czasie byliśmy wegetarianami :)

Z Luang Prabang wyjeżdżamy zaopatrzeni w pałki, obrazki, serwetki. Krysia kupiła kapę, ja obrazek z mnichami, Monika notesy z morwowego papieru, chustę korale, torebki, szale, koszulki, kawę spodnie i bluzkę a Marysia kafelki do nowego mieszkania :) Nasze plecaki zrobiły się niepokojąco ciężkie – konkurs, na razie, wygrywa Krysia.


Lis 18 2006

Dzień 14 – Zostajemy dłużej w Luang Prabang

Wstaliśmy wcześnie rano, oddaliśmy całe pranie do pralni w guesthousie obok i wymieniliśmy dolary na kipy w banku. Okazuje się, że kurs w banku był wyższy w porównaniu do tego na ulicy o tyle, że po wymianie 200 dolarów kolację mamy gratis.

Tuk tuk, Luang Prabang, Laos

Tuk tuk

Po śniadaniu wybraliśmy się główną ulicą na spacer po świątyniach.

Budda, Luang Prabang, Laos

Budda

Wat Xieng Thong, Luang Prabang, Laos

Wat Xieng Thong

Świątynia, Luang Prabang, Laos

Posągi Buddy

Po zwiedzeniu większości świątyń  schroniliśmy się przed upałem w knajpce nad brzegiem rzeki Nam Khan.

Nam Khan, Luang Prabang, Laos

Rzeka Nam Khan

Powoli zapominaliśmy o upale i oddawaliśmy się urokowi Luang Prabang, gdy któreś z nas rzuciło, że według planu jutro opuszczamy to miejsce. Po niedługiej debacie zadecydowaliśmy o wyrzuceniu z planu Vang Vieng po to, żeby jeden dzień więcej spędzić w tym niesamowitym miejscu. Wszyscy potrzebowaliśmy już odpoczynku od codziennych podróży i … zakupów.

Mnisi, Luang Prabang, Laos

Mnisi to widok codzienny

Tego dnia zwiedziliśmy jeszcze pałac królewski oraz wzgórze Phu Si a wieczorem, po kolacji w Khmu, ruszyliśmy na podbój nocnego targu. Wychodząc z Khmu spotkaliśmy dwóch turystów z Polski, Adama i Rafała, z którymi umówiliśmy się na wieczór.

Zamiast ogrodowych krasnali przy pałacuy królewskim, Laos

Zamiast krasnali... w ogrodzie przy pałacu królewskim

Wracając z targu do pokoju, żeby pozbyć się bagaży, kupiliśmy longany (Euphoria longana), które wyglądają jak kiść dziwnych ‘orzechów’, a które sprzedawczyni nazywała dragon eye :) Kupiliśmy też mango o dziwnej, płaskiej i wielkiej pestce.

Longan, Dragon Eye

Longan (Dragon Eye), pycha!

Było już dość późno, gdy w siódemkę, z Rafałem i Adamem zasiedliśmy przy Beer Lao. Marcin dzielił się z chłopakami swoim doświadczeniem podróżniczym, Krysia zarażała ich pasją do nurkowania a oni opowiadali o swoich poprzednich wyprawach. Zasiedzieliśmy się do tego stopnia, że nasza knajpka pozostała ostatnią otwartą na ulicy. Właściciele, prawdopodobnie dość zniecierpliwieni, już czatowali na moment gdy wstaniemy, aby w ciągu minuty sprzątnąć ostatni stolik, że po knajpce śladu nie zostało.

Śladu nie zostało też po nocnym markecie.

Pozostałości nocnego targu, Luang Prabang, Laos

Pozostałości nocnego targu w Luang Prabang


Lis 17 2006

Dzień 13 – Luang Prabang

Rano wycięli nam numer. Zapakowali nas wszystkich do trochę mniejszej łódki niż dnia poprzedniego. Już na tamtej było trochę ciasnawo a oni z paru wiosek po drodze dobrali pasażerów.

Pak Beng, Laos

Pak Beng

Skończyło się tak, że grupa ludzi stała, bo nawet na podłodze nie było wystarczająco dużo miejsca a część ludzi siedziała w potwornym hałasie i spalinach w ładowni na rufie. Moja rada jest taka, żeby na taką łódkę przyjść rano. Długo się czeka ale można zająć miejsca zaraz za sternikiem. Co prawda siedzi się wtedy na drewnianym pokładzie ale miejsca półleżące na dziobie, w porównaniu do pozostałych, to klasa pierwsza plus.

Niektórzy musieli podróżować na stojąco, Mekong, Laos

Slowboat z Ban Huay Xai do Luang Prabang

Po dobiciu do Luang Prabang wzięliśmy tuk-tuka pod guesthouse Vilay. Co prawda nie było ciepłej wody pod prysznicem ale w sumie to Laos, jest wystarczająco ciepło, żeby móc się wykąpać w zimnej wodzie. Ponadto w łazience mieszkały gekony i latały cykady.

Mekong, Laos

Mekong

Po szybkim prysznicu poszliśmy na spacer i kolację, którą zjedliśmy w restauracji Khmu. Za firmową Khmu salad, smażoną rybę z warzywami na parze, okropny, lokalny oram, smażony ryż z warzywami i dwa piwa zapłaciliśmy jakieś 10 dolców. Jak na ekskluzywność warunków, w których jedliśmy było całkiem nieźle.

Mekong, Laos

Mekong

Zastanawiające są wszędobylskie koguty i kury, które jak u nas psy, wyglądają na bezpańskie.