Relacje z wyprawy 'Chiny, Laos, Tajlandia'

lis 5 2006

Dzień 1 – Hongkong

Pierwsza podróż. Pierwsze doświadczenia. Wszystko nowe i dziwne… Pojechaliśmy z trójką znajomych, którzy wcześniej byli w Azji. Ich zaproszenie na wspólny wyjazd do Chin odmieniło nasze życie, bo bez takiej zachęty sami nigdy byśmy się na backpacking nie odważyli.

Niedługo przed lądowaniem w Hongkongu podano nam śniadanie, na które, jakżeby inaczej, wybraliśmy wersję orientalną. Samolotowe śniadanie pod kryptonimem congee, czyli ryżowa papka z wielką krewetką na wierzchu i trawką cytrynową, przyprawiła o mdłości wszystkich oprócz Marysi.

Widok z okna samolotu

Naszym żołądkom nie pomogło też to, że od opuszczenia Warszawy, mieliśmy za sobą 15 godzin lotu. Po śniadaniu rozdali nam dziwne formularze przyjazdowe, które posłusznie wypełniliśmy.

Jeszcze na lotnisku wymieniliśmy trochę pieniędzy na walutę lokalną żebyśmy mogli się jakoś dostać do miasta. Z lotniska, za około 30 HK$, pojechaliśmy piętrowym autobusem numer 13 na Tsim Sha Tsui, na kontynentalną część Hongkongu.

Marcin, wspomagając się przewodnikiem przyprowadził nas do Mirador Mansion przy Nathan Road 64. Mirador Mansion jest ogromnym, dziwnie pachnącym blokiem z dziedzińcem w środku, w którym na dole są stragany z różnościami, a na górnych piętrach jest mnóstwo pensjonatów.

Mirador Mansion, Hongkong

Mirador Mansion, Hongkong

 

Windą pojechaliśmy na 12 piętro gdzie znajduje się Cosmic Guest House. Po sprawdzeniu co mają do zaoferowania, zostaliśmy w jednym z pięcioosobowych pokoi. Była to maleńka klitka o łącznej powierzchni materacy większej niż powierzchni podłogi, bynajmniej nie z powodu ogromnych łóżek. Trochę w nim zalatuje i ma śmieszny ubikacjo-prysznic, w którym, po piątej osobie, na podłodze stało z 10 cm wody, ale 80 HK$ od osoby nie jest kiepską ceną, jak na Hongkong.

Pokój w Cosmic Guesthouse, Hongkong

Pokój w Cosmic Guesthouse, Hongkong

Na obiad oddzieliliśmy się od Dzieciaków, które wybrały się obok, do Chungking Mansions, mieszczącego parę hinduskich knajpek. Na hinduskie jedzenie nasze żołądki ani nosy jeszcze nie były gotowe (mnie ciągle męczyło congee…) a w Chungking śmierdziało jeszcze gorzej niż w Mirador.

Po zaspokojeniu głodu, promem Star Ferry, popłynęliśmy na wyspę Hongkong i zrobiliśmy sobie długi spacer do tramwaju Peek Tram, zaliczając po drodze najdłuższe ruchome schody na świecie.

Zatoka, Hongkong

Ów Peek Tram to coś, co bardziej przypomina kolejkę na Gubałówkę niż tramwaj i bardzo podobną pełni rolę. Tłumy ludzi wjeżdżają na wzgórze ponad Hongkongiem podziwiać panoramę miasta. Ze wzgórza autobusem pojechaliśmy na metro Central i metrem wróciliśmy na Kowloon.

Widok z Victoria Peak, Hongkong

Widok z Victoria Peak, Hongkong

 

Nasza pierwsza noc w Azji. Szczęśliwi, zmęczeni, wykąpani i wreszcie w łóżkach zasnęliśmy szybko. Nie na długo, bo grupa gości naszego hostelu, postanowiła urozmaicić nam noc, trzaskając drzwiami i krzycząc na siebie. Trwało to z godzinę i wreszcie mogliśmy ponownie zasnąć.


lis 6 2006

Dzień 2 – Z Hongkongu do Makau

Na śniadanie poszliśmy do restauracyjki, którą znaleźliśmy z Monią poprzedniego dnia. Sympatyczne miejsce na Nathan Road po lewej stronie od McDonalds, gdzie dolewają herbaty za darmo a drzwi otwiera się nie klamką a przyciskiem na ścianie. Dziewczyny zamówiły tajemniczo brzmiący japaneese udon – grube spaghetti, które wygląda jak dżdżownice, lub macki jakiegoś morskiego stworzenia.

Japoński udon w Hongkongu

Japaneese udon

Przetestowaliśmy też komplet przypraw stojący na stole, w tym czerwony, strasznie kwaśny płyn i pomarańczową super pikantną pastę.

Z pełnymi brzuchami mogliśmy ruszać dalej, do Makau. Popłynęliśmy katamaranem FirstFerry, za 132HK$ od łebka, i już po godzinie wypełnialiśmy formularze przyjazdowe na granicy.

Za 2,5 HK$ (płaciliśmy walutą Hongkongu) autobusem numer 3 dojechaliśmy do centrum, gdzie przy Rua da Felicidade znaleźliśmy hotel Vila Universal. Pięcioosobowy pokój, po szybkim targu, kosztował nas 420 M$. Zameldowaliśmy się i wyszliśmy na rozpoznanie okolicy.

Santa Casa da Misericordia, Makau

Santa Casa da Misericordia, Makau

Potrzebowaliśmy kupić bilety na autobus z Makau do Kantonu. Kupowanie biletów zazwyczaj nie jest szczegółem na tyle istotnym aby się nad nim rozpisywać, tym razem jednak sprawa okazała się nie tak prosta.

Pan siedzący za okienkiem, po paru chwilach rozmowy na migi, uciekł. Zwyczajnie poszedł i już nie wrócił. Za parę minut zjawiła się pani, która na nasz angielski, wspierany mapami odpowiadała po chińsku, na migi i pisząc na kartce. Koniec końców dostaliśmy bilety, które, przynajmniej teoretycznie, były na dzień następny, dla pięciu osób do Kantonu. Nie było żadnej gwarancji, że bileterka nas zrozumiała tak samo jak nic nie gwarantowało nam, że my rozumiemy ją.

Vila Universal w Makau

Vila Universal w Makau

Rua da Felicidade, na której stoi nasz hotel, to jedna z bocznych uliczek, przy której jest mnóstwo sklepów z suszonym mięsem, sklepów z ciastkami i sklepów sprzedających różne morskie stwory i ryby.

Zdjęcie suszonych ryb w Makau

Suszone ryby

Wracając ze spaceru po uliczkach Makau, dziewczyny obkupiły się w ciastka, robione wprost na ulicy. Znaleźliśmy też sklep z porto, bo Monia jeszcze w domu, gdy dowiedziała się, że Makau było portugalską kolonią, zachorowała na porto. Zaczęliśmy od jednej butelki, później dokupiliśmy drugą, a gdy już skończyła nam się lokalna waluta, całą resztę wydaliśmy na piwo. To był upojny i długi wieczór…

Suszone mięso z Makau

Suszone mięso


lis 7 2006

Dzień 3 – Z Makau do Guangzhou

Po krótkim śnie wstać było ciężko więc oglądać ruiny katedry św. Pawła udaliśmy się w średnich nastrojach. Tuż obok katedry jest wzgórze Fortaleza do Monte, z którego można zobaczyć na panoramę miasta, i na którego zboczu, w cieniu drzew, można lokalni panowie wyprowadzają na spacer swoje ptaszki:)

Katedra św. Pawła w Makau

Ruiny katedra św. Pawła w Makau

Obiad zjedliśmy w jakiejś przypadkowej knajpce, potem Dzieciaki trochę pointernetowały i pożegnaliśmy Makau. Zgodnie ze wskazówkami, które poprzedniego dnia przekazywała nam cierpliwie i mozolnie pani od biletów, małym busem dojechaliśmy do granicy z Chinami.

Panowie wyprowadzają swoje ptaszki na spacer, Makau

Panowie wyprowadzają swoje ptaszki na spacer, Makau

Dopiero, gdy po kolei wydarzały się wszystkie rzeczy, które bileterka nam mówiła i rysowała uwierzyłem, że doskonale zrozumiała gdzie chcemy się dostać :)

Odróżnianie fałszywych leków od prawdziwych, Makau

Jak odróżnić fałszywe leki od prawdziwych

Po stronie chińskiej, po wypełnieniu kolejnych formularzy, miła pani z informacji zaprowadziła nas na stację autobusową i usadziła w poczekalni. Znów nie wiedzieliśmy czy dobrze robimy ale po przygodzie z dnia poprzedniego, wzrosła nasza wiara w to, że tubylcy idealnie wiedzą czego nam potrzeba. Po mniej więcej pół godzinie dziewczyna wróciła i wpakowała nas do autobusu. Nie dość, że jechał do Kantonu, to jeszcze odjeżdżał wcześniej niż ten, na który posiadaliśmy bilety :)

Chińskie lampiony w Makau

Makau

W Kantonie wysadzili nas pod jakimś hotelem. Spod niego przemaszerowaliśmy w pełnym rynsztunku z 5 km pod dworzec kolejowy, co delikatnie podniosło poziom stresu w grupie:) Od razu weszliśmy do środka kupić bilety. Tym razem Monia wzięła sprawy w swoje ręce i po wypatrzeniu napisu „Booking” nad jednym z okienek, stanęła w kolejce.

Pani bileterka, pomimo owego jedynego na całym dworcu, znajomo wyglądającego napisu, po angielsku nie mówiła ale odesłała Monię do okienka obok. Tam, już bez kolejki, za to z przerwami na momenty, gdy Chińczycy bezpardonowo wciskali się między Monikę a bileterkę kupując swoje bilety w tak zwanym międzyczasie, dostaliśmy bilety na hard sleeper w pociągu K365 relacji Guangzhou-Kunming.

Z dworca pomaszerowaliśmy prosto do Youth Hotel, który na szczęście był bardzo blisko. Wzięliśmy dwie dwójki i jedynkę dla Marysi. Nasz pokój zalatuje stęchlizną i nie ma w nim toalety ani prysznica ale jest tanio.

Dworzec kolejowy, Kanton, Chiny

Dworzec kolejowy w Kantonie

Wieczorem wyszliśmy szukać czegoś do zjedzenia. Bilet na metro kosztuje 2 Y więc kawałek podjechaliśmy metrem i dotarliśmy w rejony, w których było wyjątkowo mało turystów. Idąc ulicą zatrzymaliśmy się przy knajpce sprzedającej mięso z rożna. Jak zaczęliśmy się wpatrywać w ofertę, która wcale nie przypominała drobiu dwie Chinki stojące obok z wielką radością pozbawiły nas wątpliwości – na rożnach piekły się psy. W sumie to Kanton, nie powinno nas to dziwić…

Za psy z rożna podziękowaliśmy ale, że byliśmy już głodni weszliśmy do pierwszej napotkanej restauracyjki, gdzie okazało się, że nikt z obsługi nie mówi po angielsku. Wspomagając się rozmówkami angielsko-chińskimi i menu schowanym do kieszeni w Makau, zamówiliśmy naszą kolację, na którą składał się ryż, makaron i dziwne, rozgotowane brokuły. Kelnerki miały mnóstwo uciechy, gdy przyniosły nam, dla sprawdzenia czy się dogadaliśmy, surowe warzywa i pokazały gestami, że mają zamiar je ugotować.

Metrem wróciliśmy do hotelu gdzie grą w kości przy piwku, zajadając śliczny Dragon Fruit (Hylocereus undatus zwany też pitaja, pitaya lub pitahaya) i oglądając kreskówki dubbingowane przez Marcina zakończyliśmy wieczór. Koło 0.30 postanowiliśmy z Monią zrobić małe, testowe pranie.


lis 8 2006

Dzień 4 – W pociągu K365 Guangzhou-Kunming

Gdy jest się w pięć osób, pokoje bez prysznica są bardzo praktyczne. Oznacza to, że jesteśmy zmuszeni użyć wspólnego prysznica na korytarzu. Bardzo skraca to czas od pobudki do pełnej gotowości, ponieważ nie trzeba czekać aż kolejno wszyscy się umyją. Co prawda spodziewałem się w tych prysznicach tłumów ale około 7:30 rano kręcił się tam tylko jeden facet.

Zdjęcie ulicy, Kanton, Chiny

Kanton

Nasz hotel nie serwuje śniadań w cenie ale można sobie dokupić śniadanie, które w formie bufetu serwuje hotelowa kuchnia. Jednak po szybkim komisyjnym obejrzeniu zawartości „szwedzkiego stołu” podjęliśmy decyzję, że na wysepkę Shamian Dao lecimy na głodniaka. Liczyliśmy, że po drodze da się zjeść coś normalnego.

Shamian Dao, Guangzhou, Chiny

Shamian Dao, Guangzhou

Sieć metra w Kantonie jest bardzo dobrze rozbudowana więc na wyspę dotarliśmy stosunkowo szybko. Po przejściu całej, pooglądaniu tubylców ćwiczących w parku taniec i tai chi zatrzymaliśmy się na kawę w jednej z kawiarenek a następnie podążyliśmy do taoistycznej świątyni Guangxiao Si.

Chińczycy ćwiczący w parku, Guangzhou, Chiny

Chińczycy ćwiczący w parku Shamian Dao

Guangxiao Si to bardzo spokojne, wyciszone miejsce w centrum wielkiego miasta. W środku pusto, jedynie na samym końcu jeden facet w ciszy ćwiczący taijiquan.

Robiło się późno, a pokój musieliśmy opuścić do południa, więc szybko poszliśmy, mijając ulice pełne małych sklepików sprzedających elektronikę, do Kwietnej Pagody Hua Ta. Przy kasie okazało się, ze Maria nie ma portfela…. 250Y dostało żółciutkich nóżek. Za bardzo się spieszyliśmy i kupując po drodze wodę portfel gdzieś się zawieruszył.

Ponieważ resztę czasu przeznaczonego na Kanton zużyliśmy na szukanie portfela więc prawie truchtem dotarliśmy na stację metra i 12:05 wymeldowaliśmy się z hotelu.

Bambusowy wiersz, Kanton, Chiny

Bambusowy wiersz w Guangxiao Si

Z plecakami, ja z trzema, bo oprócz głównego i fotograficznego niosłem jeszcze plecak Moni, wstąpiliśmy do McDonalds po drugiej stronie ulicy od naszego hotelu. Po przeciwnej stronie ulicy, w przypadku dworca w Kantonie, oznacza 20 minutowy spacer ale przed 25-godzinną podróżą pociągiem lepiej nie eksperymentować z jedzeniem więc klimatyzowany McDonalds zdawał się dobrym wyborem.

Czerwony i mokry zjadłem frytki i, jak przystało na Chiny, słodkie ciastko z grochem.

Ulica w Kantonie, Chiny

Kanton

Na stację dotarliśmy w samą porę. Gdy jest się na dworcu i pokazuje bilet z pytaniem w oczach „gdzie to jest?” a ktoś wtedy pokazuje palcem niebo, oznacza to, że właściwy peron jest… na pierwszym piętrze…:) Właściwie znajduje się tam poczekalnia a nie peron a, że Chińczycy partery oznaczają numerem 1 to tak naprawdę jest to pierwsze piętro. Mimo wszystko jest to sprawa dość niecodzienna.

Spędziliśmy chwilę w poczekalni, z jakimiś pół tysiącem chińczyków, i chwilę przed odjazdem wpuścili nas do pociągu. Zabawne, że tam jak ma się wagon numer 15, to znaczy, że jest ich co najmniej 15 :) Chińskie pociągi są bardzo długie i trochę to wydłuża spacer po peronie.

Nasze łóżka mieliśmy na samej górze i było to świetne rozwiązanie. Plecaki były w zasięgu ręki i nikt nam nie zaglądał a za to my widzieliśmy wszystko. Tylko nogi współpasażerom z lekka zalatywały. Zresztą nam pewnie też :)

Przedział sypialny w chińskim pociągu, Chiny

Przedział sypialny w chińskim pociągu

Pociąg wyposażony jest w bardzo praktyczną maszynę z wrzątkiem, bardzo czyste, w porównaniu do polskich, ubikacje typu „narciarz” i osobne umywalnie. Chodziła też pani z klapkami po 1Y i pan z kubełkami pełnymi klusek, na których było sadzone jajo, posypane tartą marchewką, która z kolei była posypana kawałkami mięsa. Całą tę konstrukcję, gdy ktoś to zamawiał, facet zalewał łyżką jakiejś brunatnej zupy.

Ciągle leci głośna muzyka. Raz chińska, raz zachodnia, raz poważna – wszystko przerywane od czasu do czasu komunikatami o stacjach. Czasem też leci chińska muzyka robiona na zachodnią. Pop albo coś tego typu. Najciekawiej miał Marcin, którego łóżko było zaraz koło głośnika :) Dla mnie dobrą wiadomością było to, że papierosy palić można przy ubikacji i, wbrew pozorom, nie ma tam tłumów.

Dzieciaki szybko poszły spać a ja oglądałem sobie pociąg. Było jeszcze mnóstwo czasu na sen – tak ze 25 godzin:)

Maszyna z wrzątkiem, chiński pociąg

Dystrybutor wrzątku w chińskim pociągu

Widoki za oknem średnie. Niby to Chiny ale te budujące się miasta i miasteczka tworzyły czasami widoki jak na trasie Warszawa-Wrocław.

Na tych naszych górnych łóżkach trochę za mocno wieje z klimatyzacji.

Chińczycy mają bardzo praktyczne pojemniki. Coś jak wąski wysoki słoik z pętelką do noszenia i nakrętką. Widywałem to co chwilę. Nalewali w to wrzątku ale niestety nie zaobserwowałem co z tym dalej się dzieje ani czy ten wrzątek zaprawiają herbatą. Postanowiłem sprawić sobie taki przy najbliższej okazji.

Chińskie słoiki na herbatę

Słoik na herbatę


lis 9 2006

Dzień 5 – Kunming

W pociągu o siódmej włączyli muzykę:)

Za oknami góry.

Automat z wrzątkiem okazał się bardzo przydatny – można zalać zupę albo herbatę, co zresztą tubylcy wykorzystują nader często. Zalewają małą ilością wody ogromne wiaderko czegoś, co wygląda jak nasze gorące kubki z makaronem i jedzą widelcem to co rozmiękło. Jak mają ochotę na więcej to zalewają ponownie.

Chiński pociąg, Wei She, Chiny

W Wei She wypuścili nas na 20 minut

Monia od jednej pani dostała mandarynki. Były zielonożółte, wystarczająco zielone, żeby w Polsce nikt ich nie kupił, ale bardzo smaczne :)

Na jednej stacji nas wypuścili na 20 minut, to zrobiłem parę fotek i kupiłem niezły napój o smaku zielonej herbaty.

Sprzedawca na peronie w Chinach

Sprzedawca na peronie

W Kunmingu mieliśmy być o 15:45.

Do narciarza się przyzwyczaiłem i wydaje się być praktyczniejszy niż zwykły wucet – wygląda na czystszy, bo jest w nim mniej zakamarków do czyszczenia. W palarni między przedziałami byłem jednym z niewielu gości. Całe szczęście, że w przedziałach palić nie można. Później, w Laosie okazało się, że to nie takie oczywiste, że w środkach komunikacji publicznej nie wolno palić.

Wagon sypialny w chińskim pociągu, Chiny

Wagon sypialny w chińskim pociągu

Po 26 godzinach dojechaliśmy na miejsce. Kunming przywitał nas dużym ruchem na ulicy i zwyczajem, że na pieszego na pasach się trąbi.

Dzięki mapie, którą Marcin kupił w pociągu, po krótkich poszukiwaniach i zmianie przystanku, udało nam się wsiąść do właściwego autobusu. Czasem dziwne hobby (zbieranie map) ma zaskakujące korzyści.

Idąc do hotelu zatrzymaliśmy się przy okienku małego biura podróży gdzie kupiliśmy bilety na nocny autobus ekspresowy do Dali. Bilety to wiele powiedziane – pani z okienka wręczyła nam skrawek papieru serwetkowego, na którym długopisem coś napisała.

Dormitory, hotel Camelia, Kunming, Chiny

Dormitory w hotelu Camelia

Hotel Camelia, do którego zmierzaliśmy ma dwie gwiazdki i całkiem wysokie, jak na backpacking, ceny a jego obsługa nie wyrywa się z informacją, że mają jeszcze „dormitory”, o którym czytaliśmy w przewodniku. Po paru minutach spędzonych w holu przeliczając ceny i próbując zadecydować co robimy, podczas drugiego podejścia do recepcji, którejś z recepcjonistek się wyrwało, że tak, mają jeszcze „dormitory” i, że znajduje się w budynku obok. Na trzecim piętrze w jednej z kilku zadbanych, 8 osobowych sal zostaliśmy na noc.

Ulice Kunmingu, Chiny

Kunming

Po szybkim prysznicu poszliśmy do wegetariańskiej restauracji, naprzeciwko świątyni Yuantong Si, w której dostaliśmy pyszną rybę ziemniaczaną, ryż z warzywami, sałatkę grzybową z glutem i kuleczki krewetkowe z anyżkową przyprawą w komplecie. I oczywiście „wielka dolewka” herbaty.

Park Cuihu, Kunming, Chiny

Park Cuihu w Kunmingu

Posileni udaliśmy się do parku Cuihu, popatrzyliśmy na tańczące tam grupy, i wychodząc poszliśmy do Kodaka, żeby dziewczyny zrzuciły sobie fotki z kart na płyty. Pod Kodakiem zaczepiły nas trzy studentki z Yunnan University. Zrobiły nam ankiety, które miały jako pracę domową z angielskiego i wzięły e-maile. Marcinowi zdecydowanie poprawił się humor po tym, gdy nadały mu chińskie imię (jakiegoś znanego aktora:]).

Wieżowiec, Kunming, Chiny

Kunming nocą

Wracając Monia z Krysią, targując się na migi, kupiły fartuszki u jednego z chodnikowych sprzedawców.

Po powrocie okazało się, że będą z nami nocować jeszcze dwaj Amerykanie ale nie pogadaliśmy zbyt długo tylko wyszliśmy do pubu. Przed wyjściem zrobiliśmy jeszcze pranie w hotelowej pralce, za 20 Y, które schło do wieczora dnia następnego…

Kunming jest pięknym interesującym miastem i w gruncie rzeczy tourist-friendly. Bardzo miła odmiana po tłocznym i hałaśliwym Kantonie.

Hotel Camelia, Kunming, Chiny

Hotel Camelia w Kunmingu