Relacje z wyprawy 'Chiny, Laos, Tajlandia'

lis 10 2006

Dzień 6 – Nocny autobus do Dali

Wstaliśmy o 7:30 i wyszliśmy szukać przystanku, z którego zawiozą nas do Świątyni Bambusowej Qiongzhu Si znajdującej się 10 km za miastem. Na miejscu, wskazanym przez przewodnik, jakiś chińczyk zaoferował, że nas tam zawiezie, poczeka i przywiezie za 20Y od osoby na co ochoczo przystaliśmy.

Świątynia Bambusowa Qiongzhu Si, Kunming, Chiny

Świątynia Bambusowa Qiongzhu Si

Jadąc do Bambusowej Świątyni mieliśmy wspaniałą okazję zobaczyć jak wygląda życie na zakurzonych i surowych przedmieściach Kunmingu.

Świątynię zwiedzaliśmy dość długo, bo jest to cały kompleks budynków i jest co oglądać zwłaszcza, że była to jedna z pierwszych dużych świątyń buddyjskich, które widzieliśmy w Chinach.

Świątynia Bambusowa Qiongzhu Si, Kunming, Chiny

Świątynia Bambusowea Qiongzhu Si

Potem zrobiliśmy sobie spacer na targ ptaków, gdzie sprzedają robaki, gryzonie, różne duperelki i, oczywiście, ptaki. Dziewczyny kupiły tam herbatę w ładnych, ozdobnych opakowaniach a ja z Marcinem, wielkie słodkie pyszne buły za jakieś 0.50Y…

Wracając wstąpiliśmy do biura lokalnych linii lotniczych kupić bilety na samolot Dali-Jinhong.

Kunming, Chiny

Kunming

Obiad zjedliśmy w super knajpce MaMaFu’s i po obiedzie rozpoczęliśmy długaśny spacer po Kunmingu. Między innymi odwiedziliśmy świątynię Yuantong Si, która poprzedniego dnia była zamknięta i wróciliśmy do hotelu. Spacer był tak długi, że pod koniec miałem naprawdę dość. Właściwie nie korzystaliśmy z komunikacji miejskiej więc dotarcie do interesujących nas miejsc w mieście tak dużym jak Kunming potrafi dać się we znaki.

Dziecko na plecach, Kunming, Chiny

Dziecko? Jakie dziecko?

W hotelowej restauracji, przy akompaniamencie fortepianu i skrzypiec czekaliśmy na nasz autobus do Dali, który miał odjeżdżać o 21. Dzieciaki w tym czasie trochę posurfowały na necie.

Chiński drapacz chmur, Kunming, Chiny

Kunming

Przed 21 wróciliśmy z naszą serwetką wartą 500Y do pani z mikrobiura podróży. Wyjeżdżamy ale zdążyliśmy się już przyzwyczaić, że w Kunmingu trąbienie na pieszych oznacza „widzę, że idziesz po pasach i masz zielone światło ale się nie zatrzymam” :)

Chinka z parasolką, Kunming, Chiny

Tutaj opalenizna jest niemodna

Transport do autobusu wyglądał jak przemyt ludzi:) Najpierw dwie taksówki wzięły nas w miejsce, w którym tłum chińczyków przekrzykiwał się chcąc nas zabrać do najróżniejszych miejscowości pożądanych przez turystów. Od razu gdy wszyscy wysiedliśmy z taksówki nasz przewodnik przegnał naganiaczy i poprowadził nas przez wielki, ciemny plac, wśród mnóstwa ładniejszych i brzydszych autobusów, do ślicznego sypialnego chińskiego mercedesa.

W środku autobusu są trzy rzędy piętrowych łóżek, jest aż jasno od pomarańczowej pościeli, siedzi pełny komplet ludzi i… śmierdzi brudnymi skarpetami. Śmierdzi dziesiątkami skarpet noszonych przez cały dzień, które wreszcie wydostały się ze wszelkiego rodzaju butów, trzewików i trampek ku uciesze i wygodzie ich właścicieli. Kierowcy jednak humor dopisuje i zagaduje do nas po chińsku.

Świątynia Yuantong Si, Kunming, Chiny

Świątynia Yuantong Si

Wesołek, nasz kierowca, pakując nasze plecaki do bagażnika, co chwila się na mnie zerkał. W pewnym momencie nie wytrzymał i patrząc na mnie pogłaskał się po głowie, złożył dłonie jak do modlitwy i kiwając się do przodu zamarł z pytającym uśmiechem.

Musze wyjaśnić, że dla własnej wygody, już od wielu lat golę głowę na bardzo krótkiego jeża. Ciekawa rzecz. W Polsce, z powodu łysej głowy, każdy brałby mnie za skinheada a w Chinach? Nasz chiński kierowca autobusu na migi pyta mnie czy jestem mnichem! Z uśmiechem pokręciłem głową wywołując eksplozję śmiechu kilku osób w pobliżu.

Dostałem górne łóżko – jako jedyny.

Żółwie z Yuantong Si, Kunming, Chiny

Outsider

Koło drugiej w nocy autobus zatrzymał się na postój i wtedy, jedyny raz, mieliśmy z Monią okazję zwiedzać wucet bez kabin. A raczej z namiastkami kabin, bo takimi bez drzwi:) Powrót do śmierdzącego autobusu był naprawdę trudny…


lis 11 2006

Dzień 7 – Dali jest jak Zakopane

Do Dali wjechaliśmy około 3:30 po czym autobus, jak gdyby nigdy nic, zaparkował, ze trzy osoby wyszły w ciemną noc i kierowca poszedł spać. Prawie wszyscy zostali w środku i spali w najlepsze.

Monia całą noc nie spała, bo przeszkadzał jej smród, miała wstręt do pościeli i irytowali ją ludzie charczący, plujący na podłogę, wymiotujący, chrapiący oraz ci z najbardziej śmierdzącymi skarpetkami. Generalnie nie mogła znieść żadnego ze współpasażerów. Obudziła mnie i wyszliśmy z autobusu, pełnego śpiących chińczyków, i 2 godziny posiedzieliśmy na krawężniku.

Ulice Dali, Yunnan, Chiny

Dali

Gdy już porządnie zmarzliśmy, to dzięki pomocy Marysi, która nie była najszczęśliwsza, że w urodziny budzimy ją przed świtem, weszliśmy do środka. Potrzebowaliśmy jej pomocy, bo kierowca sen miał tak mocny, że za żadne skarby nie dało się go przez szybę dobudzić i nie mieliśmy jak wejść.

Około 6:00 zrobiło się gwarno wiec półprzytomni udaliśmy się na poszukiwania „Ba Lu” (chin. autobus dziewięć) jadącego do Dali „właściwego”. Obecne „Dali” było tylko dużym miastem odległym od naszego punktu docelowego o kilkanaście kilometrów, które można pokonać komunikacją miejską.

Autobus znaleźliśmy i rozpoczęliśmy przejażdżkę ulicami miasta. Autobus trochę kluczył następnie wyjechał na przedmieścia i po paru chwilach wjechaliśmy do olejnej miejscowości. Gdy tylko wjechaliśmy kierowca Chińczyk zatrzymał autobus, podszedł do nas i zaczął coś mówić wspierając się gestykulacją. Na taki pokaz, nic nie rozumiejąc, spokojnie wyszliśmy z autobusu wywołując salwę śmiechu wśród tubylców.

Trochę zgłupieliśmy, bo kierowca zrobił strasznie zawiedzioną minę. Na szczęście w autobusie znalazł się jeden młody człowiek mówiący po angielsku i wytłumaczył zaspanym turystom, że w obrębie „Dali pierwszego” podróże są za darmo a właśnie wjechaliśmy do innego miasta, „Dali właściwego”, więc czas zapłacić za bilet :) Posłusznie wpakowaliśmy się do środka, wrzuciliśmy po monecie do kasownika obok kierowcy i autobus powoli ruszył dalej.

Chiński chłopiec, Dali, Chiny

Siedząc bez celu na krawężniku nawiązuje się ciekawe znajomości

Do Old Dali Inn (NO. 5) przy Boai Road dotarliśmy gdy już zrobiło się widno. Trasę od przystanku do samego hostelu pokonaliśmy z dwoma współpasażerami prowadzącymi tutejszą restaurację.

Hostel okazał się bardzo przyjemny, pełen zieleni i z mnóstwem najróżniejszych zakamarków, antresol oraz werand. W pokojach jest cała chmara komarów ale na szczęście na tyle ciapowatych i powolnych, że dają się łapać jedną ręką.

Old Dali Inn (NO. 5), Dali, Chiny

Old Dali Inn (NO. 5)

Zdrzemnęliśmy się po podróży i w hotelowej restauracji zamówiliśmy obiad. Nie obyło się przy tym bez niespodzianek. Krysia zamówiła tajemniczo nazywającą się „płonącą zupę”, która okazała się naprawdę płonąć, Marcin zamówił miskę ryżu a dostał spore jego wiaderko a ja zamówiłem ryż z warzywami, których to warzyw było w mojej potrawie raptem dwa rodzaje. Tylko Monia z Marysią nie narzekały. Tak to już jest gdy się nie zna chińskiego i polega jedynie nazwach napisanych w menu łamaną angielszczyzną.

Płonąca zupa w Old Dali Inn (NO. 5), Dali, Chiny

Dlaczego ta zupa nazywa się "płonąca"?

W centrum Dali jest kilka krzyżujących się ulic, podobnych do zakopiańskich Krupówek, na których lokalne kobiety nagabują próbując sprzedać backpackerom ganję, srebrną biżuterię oraz wyroby ubranio-podobne.

Daliśmy się naciągnąć jednej Chince na oglądanie biżuterii („no like it, no buy”), dzięki czemu spędziliśmy pół godziny na stryszku jakiegoś domu grzebiąc w srebrnych świecidełkach. Jak można się było domyślać, żadna z dziewczyn z pustymi rękoma nie wyszła :)

Tajny sklepik z biżuterią, Dali, Chiny

Tajny sklepik z biżuterią

Po południu wstąpiliśmy do lokalnego biura podróży i zamówiliśmy sobie dwie wycieczki – podwiezienie pod kolejkę linową w góry oraz objazdówkę po okolicznych wioskach „etnicznych”. Chcieliśmy zobaczyć Chiny trochę oddalone od utartych szlaków.

Wieczorem, korzystając z okazji, że znajdujemy się w prowincji Yunnan, próbowaliśmy dokupić więcej herbaty ale, ku naszemu niepocieszeniu, ceny w Kunmingu były dużo lepsze.

Old Dali Inn (NO. 5) nocą, Dali, Chiny

Old Dali Inn (NO. 5) nocą


lis 12 2006

Dzień 8 – Dali

Wczesnym rankiem, gdy wyszliśmy z hotelu po śniadaniu, kierowca już czekał. Bez słowa podwiózł nas pod dolną stację górskiej kolejki i zostawił. Kupiliśmy bilety na wagonik i wpakowaliśmy się do środka. Po wjechaniu na górę okazało się, że chińskie szlaki górskie zupełnie nie przypominają tych polskich. 11 kilometrów równiusieńkiego chodnika, z odprowadzeniem deszczówki, ławeczkami i barierkami. Takie są Chiny.

Góry, Dali, Chiny

Szlak górski w Chinach

Szliśmy dość długo, po drodze odwiedziliśmy kolejną świątynię, do której zwabił nas zapach kadzideł i odgłosy buddyjskiej mantry i gdy akurat zaczynało kropić znaleźliśmy wyciąg krzesełkowy na dół.

Góry, Dali, Chiny

Góry Cangshan

Spod dolnej stacji wyciągu poszliśmy na piechotę do miasta i wstąpiliśmy do baru Marleya, gdzie dziewczyny zamówiły sobie pizzę a ja dziwną pomidorówkę, od której marchewkowa byłaby bardziej pomidorowa w smaku. Na te dwie pizze czekaliśmy niemożliwie długo i zaczął dobiegać czas na drugą wycieczkę więc Marcin został u Marleya ciągle czekając na ostatnią porcję gdy my pojechaliśmy.

Chiński targ, Dali, Chiny

Targ niedaleko Dali

Podczas wycieczki, na jednym z targów, stary Chińczyk sprzedający herbatę prosto z ogromnych worków, nauczył Monię sprawdzać jej aromat. Robi się to tak, że bierze się z worka w garść i potem się w to chucha, żeby ten aromat uwolnić. Jak się podoba, to się kupuje, jak nie, to chucha się w garść z drugiego worka :)

Kupujemy herbatę

Kupujemy herbatę na targu

Po zwiedzeniu trzech targów nasz kierowca, tak jakby poza planem, zawiózł nas do świątyni na jednej wsi, gdzie nie było kadzideł, nie było muzyki z CD, nie było turystów, za to leżał świeżo ucięty łeb wołu oraz była cisza i spokój. Chiny pokazały nam swoją kolejną twarz…

Łeb wołu w świątyni

Niecodzienny widok w świątyni

Na dziedzińcu świątyni zahaczyły nas panie oferujące „pokaz” produkcji batików bezpośrednio w manufakturze. Na propozycję, z ciekawości, przystaliśmy. Okazało się, że zaprowadziły nas do miejsca, gdzie w wielkich kotłach farbuje się specjalnie pogniecione, na których po wyschnięciu i rozprostowaniu tworzą się różne nieregularne wzory. Podobno okolica słynie z tak farbowanych tkanin.

Zaraz po demonstracji cała gromadka kobiet, w asyście córek, próbowała nam owe batiki sprzedać.

Produkcja batików, Dali, Chiny

Tak powstają batiki

Gdy dziewczyny zajęły się handlem ja z kierowcą siedliśmy z boku bez słowa. Wymieniliśmy się papierosami a on, znów bez słowa, pokazał mi, jak się te batiki robi. Czynność jest to dość dziwna, wymagająca niezwykłej cierpliwości i umiejętności, bo wszystkie, bardzo różnorodne wzory, powstają dzięki poprzeszywaniu materiału w specjalny sposób, dzięki czemu w niektórych miejscach się nie zabarwia. Zaskakująca była powtarzalność tych wzorów i chaotyczność kłębów materiału, z których potem powstawały te wszystkie obrusy, chusty i szale.

Chińskie dziecko odrabiające lekcje, Dali, Chiny

Odrabiamy lekcje

Czekając na zakończenie targów zacząłem robić zdjęcia gromadce małych chłopców kryjących się po kątach nieopodal. Najodważniejszemu, na wyświetlaczu, pokazałem efekty ich nieudanych prób ukrycia się i wtedy zaczęła się najbardziej niezwykła sesja fotograficzna jaką mogłem sobie wyobrazić.

Chłopcy zaczęli przyjmować kungfu, ja pstrykałem zdjęcia, a oni przybiegali je obejrzeć. I tak w kółko. Baaardzo trudno było się rozstać z tymi dzieciakami i byłem naprawdę niepocieszony, że handel poszedł dziewczynom tak szybko:) Z tej wycieczki wszyscy wrócili zadowoleni – dziewczyny z zakupów a ja z fotek. Marcina nie było.

Ja i mali wojownicy, zdjęcie autorstwa Krysi Włodarczak, Dali, Chiny

Ja i mali wojownicy

Po powrocie zrobiliśmy trochę prania ręcznie ale trochę nam to nie wyszło bo gdybyśmy skorzystaliśmy z pralki i możliwości wywieszenia naszych rzeczy w suszarni na dachu może nie schły by tak wolno.

Chińscy chłopcy, Dali, Chiny

Mali wojownicy


lis 13 2006

Dzień 9 – Xishuangbanna

Z samego rana wyjechaliśmy na lotnisko. Swoją drogą, znów skorzystaliśmy z usług tego samego małego biura podróży, które nas woziło poprzedniego dnia. Jednak podróżowanie w piątkę jest genialne gdy chodzi o koszty transportu.

Lotnisko w Xishuangbanna, Chiny

Lotnisko w Xishuangbanna

Samolot, z godzinnym opóźnieniem, dowiózł nas do Jinghongu i nareszcie trochę cieplej. Niewiele ale zawsze cieplej niż w prowincji Junnan. Zdążyliśmy już trochę przemarznąć a przecież nie po to wyjechaliśmy na backpacking do Azji, żeby było nam zimno:)

Boeing 737-300, China Eastern

Boeing 737-300

Z lotniska w Xishuangbanna, taksówkami, pojechaliśmy na dworzec autobusowy, aby kupić bilety do Ganlanby, która była następną pozycją na naszej trasie. Według planu robionego w Polsce wszystko zdawało się prostsze lecz po dotarciu do Ganlanby okazało się, że… nie ma tam dla nas noclegu…

Z poszukiwaniem noclegu w Ganlangba wiąże się dziwna historia. Otóż wszędzie gdzie nie weszliśmy odmawiano nam łóżek. Nie wiedzieć czemu ale nawet w totalnie opustoszałym hotelu, gdzie nie mieliśmy żadnych wątpliwości, iż nie ma kompletu, noclegu nam odmówiono. Na taki obrót spraw postanowiliśmy zrzucić plecaki pod palmą i wysłać dwie osoby na poszukiwania w dalsze zakątki miasta.

Padło na Monię i Marysię… Dwie dziewczyny z zerową znajomością języka chińskiego poszły same szukać noclegu…

Rower w Chinach nie ma lekko, Ganlangba, Chiny 2006

Uniwersalny środek transportu, rower

Wyczekaliśmy się strasznie długo i powoli zaczynaliśmy panikować gdy, w końcu, wróciły. Okazało się, że po nieskutecznych próbach znalezienia noclegu wsiadły z jakimś gościem do taksówki i pojechały za miasto do hotelu, który podobno miał nas przyjąć. Mieliśmy wszyscy mnóstwo szczęścia, że po przedłużającej się jeździe, gdy okolice stawały się coraz bardziej opustoszałe, dziewczyny zrobiły facetowi raban a on odwiózł je z powrotem…

Niewiele się zastanawiając zjedliśmy w pierwszej lepszej knajpce ryż i podjęliśmy odważną decyzję, żeby ruszać dalej, w kierunku granicy z Laosem.

Czekając na powrót dziewczyn, Ganlangba, Chiny

Czekając na powrót dziewczyn

Co brzmi nieskomplikowanie gdy czyta się to w wygodnym fotelu staje się jednak złożone gdy jest się na miejscu takim jak Chiny. Problem w tym, że nie jest łatwo, dysponując niewielkimi rozmówkami angielsko-chińskimi, dogadać się, że chcemy jechać do Mengli kiedy całkiem niedaleko jest Menglun… i na dodatek chcemy tam dotrzeć tanio. Uratowała nas życzliwość Miejscowych.

Na dworcu w Ganlanbie kasjerki jak, po długich tłumaczeniach, zrozumiały cel naszej podróży zaczęły kręcić przecząco głowami. Z ich dworca tam nie jeżdżą. Mimo to, chyba w reakcji na nasze zagubione miny, jedna z nich zawołała pierwszą lepszą przechodzącą panią, i poprosiła ją żeby nam pomogła dostać się do tej nieszczęsnej Mengli. Owa pani niechętnie ale jednak podjęła się tego zadania. Całe szczęście, bo żeby ruszyć dalej mieliśmy sobie złapać jeden z nieoznakowanych, zapakowanych po dach minibusów prosto z głównej ulicy miasta.

Główna ulica w Ganlangba, Chiny

Główna ulica w Ganlangba

Po kilku nieudanych podejściach siedzieliśmy razem z panią opiekunką w autobusie, nie wiadomo dokąd i nie wiadomo za ile :] A za dwie godziny zachód słońca i będzie noc… Dla nas najważniejsze było, że przemieszczamy się w dobrym kierunku i że nasza pani siedzi z nami. W miarę upływu czasu trochę się rozruszała i nawet zaczęła częstować Krysię mandarynkami. Jest to dosyć charakterystyczny objaw u Chińczyków, którzy w ten przyjemny sposób, potrafią okazać swoją serdeczność pomimo, że bariera komunikacji werbalnej jest nie do przełamania.

Na pakunkach w autobusie, Chiny

Niewygodnie? Ważne, że do przodu!

Temperatura na zewnątrz wynosiła coś koło 25 stopni, choć to było zupełnie inne 25 niż w Polsce. Dużo znośniejsze. Za oknami pną się góry i rośnie las przerośniętych roślin doniczkowych a ziemia i rzeka mają kolor rdzy. Trzęsie, prędkościomierz nie działa ale ciągle jedziemy do przodu.

W Meglunie okazało się, że lokalni zorganizowali nas lepiej niż przypuszczaliśmy. Czekali na nas na przystanku i po krótkiej chwili znowu siedzieliśmy w autobusie, znowu plecaki zostały poutykane gdziekolwiek a granica z Laosem zbliżała się coraz bardziej.

Przy okazji dowiedziałem się, że jak w autobusie nie ma zakazu palenia, to oznacza, że można tam palić, co, z pewną nieśmiałością wykorzystałem :)

Pokój hotelowy Mengla, Chiny 2006

Pokój hotelowy w Mengli

Dotarliśmy do Mengli już po zmroku ale dość szybko znaleźliśmy sympatyczny hotelik, w którym Monia załatwiła, że zamiast 60Y od osoby, wzięliśmy jedną trójkę za 100Y na pięć osób. Monia jest stworzona do targów i nawet azjatyccy specjaliści mają z nią trudne chwile:) Pani recepcjonistka była mocno niepocieszona z takiego obrotu spraw ale nie daliśmy jej czasu na rozmyślenie się, od razu zrzuciliśmy plecaki i poszliśmy spać.

Przed snem, ponieważ pogoda była bezchmurna i było ciepło, zrobiliśmy sobie kolejne ręczne pranie. Nie był to mądry pomysł, bo z powodu tego nocnego prania następnego dnia miałem siatkę mokrych rzeczy, które później musiałem porozkładać na tobołach z tyłu autobusu. Monia za to brała po jednej i suszyła przy oknie w pędzie powietrza :]

Dopiero dużo później, w Laosie, zaobserwowałem regularność pochmurnych poranków i to, że słońce wychodzi dopiero koło południa aby uraczyć Azję ciepłą i bezchmurną nocą.


lis 14 2006

Dzień 10 – Sabajdii Lao

Na dworcu w Mengli bez problemu znaleźliśmy autobus do Luang Nam Tha. Po krótkim oczekiwaniu, w podskokach i kłębach czerwonego kurzu, jakby kierowca trenował przed rajdem Paryż-Dakar, dojechaliśmy do granicy. Tu po załatwieniu formalności granicznych pożegnaliśmy Chiny i wsiedliśmy z powrotem do naszego autobusu, którym pojechaliśmy do Luang Nam Tha.

Autobus do Laosu, Chiny

Plecaki się nie zmieszczą? Zmieszczą!

Oto jest. Laos. Autobus zatrzymał się na dworcu a my ruszyliśmy na poszukiwania noclegu. W uliczce odchodzącej od dworca autobusowego znaleźliśmy przyjemny guesthouse chińskich Laotańczyków, więc zrzuciliśmy tam plecaki i poszliśmy wypożyczyć rowery.

Chiński szyld hostelu w Laosie, Laos

Nie wykupili ochrony u lokalnej mafii?

Moja przejażdżka rowerowa skończyła się w momencie gdy Moni odezwała się stara kontuzja z tai chi i rozbolało ją kolano kolana. Dzieciaki z przewodnikiem pojechały dalej.

Rowerem po Laosie, Luang Nam Tha, Laos

Rowerem po Laosie

Cały Laos, a przynajmniej Luang Nam Tha, jest oazą spokoju i luzu. W końcu nikt na nas nie trąbi na ulicach, ludzie się nie spieszą i nawet psy nie szczekają. Jedzenie mają dobre do tego stopnia, że zaryzykowaliśmy surowiznę – Monia wzięła pyszną surówkę z papai. Na szczęście nie skończyło się to biegunką, bo następnego dnia zaczynaliśmy nasz dwudniowy spływ Mekongiem od ośmiogodzinnej podróży autobusem. Rozwolnienie w takich okolicznościach nie było by zabawne.

Ulica w Luang Nam Tha, Laos

Ulica w Luang Nam Tha

Wszędobylski czerwony kurz dostaje się przez okna podczas jazdy autobusem po szutrowych drogach. Osiada na wszystkim i nadaje ciekawy kolor jasnym ubraniom. Jednak od przekroczenia granicy przestało mi przeszkadzać zakurzone ubranie i ubłocony plecak a zanim wyjechaliśmy sam się sobie dziwiłem, że w ogóle mogło mnie to wcześniej obchodzić.

Typowa knajpa w Louang Nam Tha, Laos

Typowa knajpa w Louang Nam Tha

Różnica w porównaniu do Chin leży w znajomości angielskiego przez Laotańczyków oraz w nienachalnym nastawieniu lokalnych ludzi w stosunku do turysty. Oraz w ilości białych turystów. Chociaż przewodniku Lonely Planet napisali, że to „Asia’s best-kept secret”, do samego końca proporcja turystów do tubylców w knajpach i środkach transportu była niekorzystna dla tych drugich. Co to za sekret skoro tyle tu ludzi? Za to ceny są bardzo sympatyczne – za kilogram zielonych mandarynek zapłaciliśmy 20 centów :)

Zielone mandarynki, Laos

Zielone mandarynki to dojrzałe mandarynki. Pycha!