Relacje z wyprawy 'Chiny, Laos, Tajlandia'

Lis 14 2006

Dzień 10 – Sabajdii Lao

Na dworcu w Mengli bez problemu znaleźliśmy autobus do Luang Nam Tha. Po krótkim oczekiwaniu, w podskokach i kłębach czerwonego kurzu, jakby kierowca trenował przed rajdem Paryż-Dakar, dojechaliśmy do granicy. Tu po załatwieniu formalności granicznych pożegnaliśmy Chiny i wsiedliśmy z powrotem do naszego autobusu, którym pojechaliśmy do Luang Nam Tha.

Autobus do Laosu, Chiny

Plecaki się nie zmieszczą? Zmieszczą!

Oto jest. Laos. Autobus zatrzymał się na dworcu a my ruszyliśmy na poszukiwania noclegu. W uliczce odchodzącej od dworca autobusowego znaleźliśmy przyjemny guesthouse chińskich Laotańczyków, więc zrzuciliśmy tam plecaki i poszliśmy wypożyczyć rowery.

Chiński szyld hostelu w Laosie, Laos

Nie wykupili ochrony u lokalnej mafii?

Moja przejażdżka rowerowa skończyła się w momencie gdy Monice odezwała się stara kontuzja z tai chi i rozbolało ją kolano kolana. Dzieciaki z przewodnikiem pojechały dalej.

Rowerem po Laosie, Luang Nam Tha, Laos

Rowerem po Laosie

Cały Laos, a przynajmniej Luang Nam Tha, jest oazą spokoju i luzu. W końcu nikt na nas nie trąbi na ulicach, ludzie się nie spieszą i nawet psy nie szczekają. Jedzenie mają dobre do tego stopnia, że zaryzykowaliśmy surowiznę – pyszną surówkę z papai. Na szczęście nie skończyło się to biegunką, bo następnego dnia zaczynaliśmy nasz dwudniowy spływ Mekongiem od ośmiogodzinnej podróży autobusem. Rozwolnienie w takich okolicznościach nie było by zabawne.

Ulica w Luang Nam Tha, Laos

Ulica w Luang Nam Tha

Wszędobylski czerwony kurz dostaje się przez okna podczas jazdy autobusem po szutrowych drogach. Osiada na wszystkim i nadaje ciekawy kolor jasnym ubraniom. Jednak od przekroczenia granicy przestało mi przeszkadzać zakurzone ubranie i ubłocony plecak a zanim wyjechaliśmy sam się sobie dziwiłem, że w ogóle mogło mnie to wcześniej obchodzić.

Typowa knajpa w Louang Nam Tha, Laos

Typowa knajpa w Louang Nam Tha

Różnica w porównaniu do Chin leży w znajomości angielskiego przez Laotańczyków oraz w nienachalnym nastawieniu lokalnych ludzi w stosunku do turysty. Oraz w ilości białych turystów. Chociaż przewodniku Lonely Planet napisali, że to „Asia’s best-kept secret”, do samego końca proporcja turystów do tubylców w knajpach i środkach transportu była niekorzystna dla tych drugich. Co to za sekret skoro tyle tu ludzi? Za to ceny są bardzo sympatyczne – za kilogram zielonych mandarynek zapłaciliśmy 20 centów :)

Zielone mandarynki, Laos

Zielone mandarynki to dojrzałe mandarynki. Pycha!


Lis 15 2006

Dzień 11 – Droga numer 3

Rano, gdy my poszliśmy na śniadanie, Marcin kupił nam bilety do Huay Xai. Śniadanko zjedliśmy europejskie: kawę ze skondensowanym mlekiem, topiony ser, bułkę i jajecznicę. Dla śniadań, chociaż nie jedynie, warto do Laosu wracać w nieskończoność…

Menu śniadaniowe w Louang Nam Tha, Laos

Menu śniadaniowe w Laosie

W całym mieście jest mnóstwo białych. Nawet w autobusie, którym następne 8 godzin przyszło nam jechać, na 11 lokalnych nas było 12…

Plecaki jadą na dachu, Laos 2006

Dziś plecaki jadą na dachu

Nasze plecaki wylądowały na dachu i wyruszyliśmy. Droga jest mocno wyboista i idzie raz pod górę a raz w dół w efekcie czego, już na początku jazdy, autobus miał krótką przerwę na studzenie hamulców. Przynajmniej za oknami mieliśmy świetne widoki a studzenie hamulców to wyśmienita okazja do robienia zdjęć:)

Pierwszy postój na studzenie hamulców, Laos

Postój na studzenie hamulców

Od rana pogoda średnia – pochmurno ale ciepło i sucho.

Po półtorej godziny jazdy w tym nierównym terenie hamulce odmówiły posłuszeństwa. W sumie to i tak dziwne, że przyczyną awarii były hamulce a nie pęknięcie autobusu na pół, bo na wertepach górskiej drogi autobusem naprawdę nieźle rzucało, czego kierowca zdawał się nie zauważać:)

Autobus z uszkodzonymi hamulcami, Laos

Tym razem hamulce odmówiły posłuszeństwa

Ponad półtorej godziny czekaliśmy na autobus zastępczy. Udało się go zorganizować jedynie dlatego, że był w tak kiepskim był stanie, że nie nadawał się na regularne kursy i stał gdzieś pod dworcem :) Jak można się było spodziewać, godzinę później, znów mieliśmy postój na studzenie hamulców.

Kolejny autobus z przegrzanymi hamulcami, Laos

W kolejnym autobusie hamulce też się przegrzewały

Chwilę po przesiadce zatrzymał nas znak informujący o 30 minutowej przerwie w ruchu spowodowanej robotami na drodze. Budują nową, asfaltową. Za rok, dwa już nie będzie takich atrakcji jak jazda przez Laos po wyboistej drodze zdezelowanym autobusem.

Koparka, a później spychacz, uporały się ze swoim zadaniem w około 2 godziny… Laos już taki po prostu jest:) Spokój, nikt się nie denerwuje, nikt się nie spieszy. „You are worrying too much” jak mi kiedyś później powiedział jeden Laotańczyk.

Budują nową drogę nr 3, Laos

W przyszłości droga nr 3 będzie asfaltowa

Na szczęście już bez studzenia hamulców i remontów, dojechaliśmy do małej wioski, w której mieliśmy przystanek na posiłek. Lokalni zamówili ciepłe jedzenie w knajpce, biali turyści zadowolili się snackami i słodyczami ze sklepu.

Sklep gdzieś w północnym Laosie

Sklep gdzieś w północnym Laosie

Jak tylko się ściemniło w „nowym” autobusie odmówiła posłuszeństwa skrzynia biegów. Kierowca próbował jeszcze jakiś czas jechać ale jazda na jednym biegu nie mogła się inaczej skończyć niż absolutną awarią całego układu. Więc niedługo później zatrzymaliśmy się w szczerym polu w absolutnych ciemnościach laotańskiej nocy. Pierwszy raz widziałem Drogę Mleczną. Robi wrażenie :)

Ciemności absolutne, Laos

Ciemności absolutne

Za jakiś czas podjechał jumbo, który zapakował nas i jeszcze sześcioro innych białasów i za 20000 kipów od głowy zabrali nas w dwugodzinną podróż. Dla nieobeznanych, jumbo to taka półciężarówka, która na odkrytej pace bez ścian ma wzdłuż ławeczki dla pasażerów. Rudy kurz pokrył wszystko, tak, że ubrania nadawały się tylko do prania. Na dodatek w koszulce na ramiączka, na tym wietrze potrafi być naprawdę zimno…Każde przetrzymane w tym chłodzie pięć minut jazdy zdawało się być podarunkiem od losu. Pod koniec jazdy byle dwa domy z oświetleniem zdawały się być metropolią pośrodku nigdzie.

Strasznie wiało i było zimno ale przynajmniej jechaliśmy zamiast stać i patrzeć jak kierowca autobusu rozkłada ręce nad niedziałającą skrzynią. W sumie, gdyby nie to, że przyjechał z tej samej strony co my a wiedziałem, że najbliższa miejscowość z tamtej strony była oddalona o pół dnia drogi, pomyślałbym, że to było ukartowane, żeby właściciel jumbo dostał te 11×20000 kipów :)

Koniec końców dowieźli nas pod guesthouse i po szybkim prysznicu poszliśmy spać. Przebycie 200 kilometrów z Nam Tha do Ban Huay Xai zajęło nam 14 godzin, o wodzie i ciasteczkach z Makau, w warunkach jakich nie powstydziłby się weteran rajdów offroad.


Lis 16 2006

Dzień 12 – Mekong

O 6 rano wstaliśmy, żeby pójść z Marysią załatwić bilety na tajemniczego slowboata do Luang Prabang. Po autobusach, wertepach i szokującym spokoju Laotańczyków w podejściu do kłopotów, byliśmy pełni obaw.

Przystań w Ban Huai Xai, Laos

Przystań w Ban Huai Xai

Na przystani slowboat okazał się zwykłą łodzią, zabierającą na pokład kilkadziesiąt osób. Śniadanie zjedliśmy w jednej z restauracji po drodze na przystań obserwując jak małe łodzie motorowe kursują na granicy Laos-Tajlandia. Po śniadaniu w jednej z restauracji zapakowaliśmy się na pokład i już po 11 wyruszyliśmy razem z 60 innych białych turystów w podróż po Mekongu.

Śniadanie w Ban Huai Xai, Laos

Śniadanie nad brzegiem Mekongu

Po 6 godzinnej podróży wśród pięknych widoków, stłoczeni na pokładzie i lekko poirytowani zachowaniem turystów z Izraela, którzy stwierdzili, że jest to doskonałe miejsce aby zapalić trawkę, dotarliśmy do Pak Beng.

Slowboat, Laos

Slowboat z Ban Huay Xai do Luang Prabang

Od razu obskoczyły nas dzieci oferujące pokoje na nocleg. Marcin został oddelegowany do znalezienia noclegu, co mu się udało chociaż później okazało się, że w pokojach nie było światła i ciepłej wody :) Oczywiście próbowaliśmy zgłaszać reklamacje ale chłopak, który w naszym guesthousie sprawiał wrażenie bycia kimś ważnym, pocieszył nas, że o 22:00 i tak światła nie będzie w całym Pak Beng i z łaską wręczył nam po drugiej świeczce.

W tle słychać gwar podróżnych, cykady, świerszcze i generatory prądu.

Kolację zjedliśmy przygotowaną przez dwie kilkunastoletnie dziewczyny, które w woku stojącym na najzwyklejszej kuchni węglowej przygotowywały kolejno nasze dania. Gdy nas zapraszały do knajpki oświetlanej wyłącznie świeczkami, powiedziały, że za dwie minuty włączą im światło. Zresztą chłopak w hotelu powiedział dokładnie to samo – „za dwie minuty światło będzie”.

Ani jedno ani drugie się nie wydarzyło oprócz tego, że u Dzieciaków w pokoju działające na początku światło później też odmówiło współpracy. Te „2 minuty” musi oznaczać coś dziwnego w języku tubylców…

Kolacja przy świeczkach, Pak Beng, Laos

Kolacja przy świecach

W Pak Beng też dość łatwo było by kupić trawkę a na liście potraw niewskazanych w mieście, w którym lodówka jest zbytkiem, wylądowało wszystko co zawiera tuńczyka. Monikę, po jakiejś potrawie tuńczykowej cały wieczór mdliło i bolał ją brzuch.


Lis 17 2006

Dzień 13 – Luang Prabang

Rano wycięli nam numer. Zapakowali nas wszystkich do trochę mniejszej łódki niż dnia poprzedniego. Już na tamtej było trochę ciasnawo a oni z paru wiosek po drodze dobrali pasażerów.

Pak Beng, Laos

Pak Beng

Skończyło się tak, że grupa ludzi stała, bo nawet na podłodze nie było wystarczająco dużo miejsca a część ludzi siedziała w potwornym hałasie i spalinach w ładowni na rufie. Moja rada jest taka, żeby na taką łódkę przyjść rano. Długo się czeka ale można zająć miejsca zaraz za sternikiem. Co prawda siedzi się wtedy na drewnianym pokładzie ale miejsca półleżące na dziobie, w porównaniu do pozostałych, to klasa pierwsza plus.

Niektórzy musieli podróżować na stojąco, Mekong, Laos

Slowboat z Ban Huay Xai do Luang Prabang

Po dobiciu do Luang Prabang wzięliśmy tuk-tuka pod guesthouse Vilay. Co prawda nie było ciepłej wody pod prysznicem ale w sumie to Laos, jest wystarczająco ciepło, żeby móc się wykąpać w zimnej wodzie. Ponadto w łazience mieszkały gekony i latały cykady.

Mekong, Laos

Mekong

Po szybkim prysznicu poszliśmy na spacer i kolację, którą zjedliśmy w restauracji Khmu. Za firmową Khmu salad, smażoną rybę z warzywami na parze, okropny, lokalny oram, smażony ryż z warzywami i dwa piwa zapłaciliśmy jakieś 10 dolców. Jak na ekskluzywność warunków, w których jedliśmy było całkiem nieźle.

Mekong, Laos

Mekong

Zastanawiające są wszędobylskie koguty i kury, które jak u nas psy, wyglądają na bezpańskie.


Lis 18 2006

Dzień 14 – Zostajemy dłużej w Luang Prabang

Wstaliśmy wcześnie rano, oddaliśmy całe pranie do pralni w guesthousie obok i wymieniliśmy dolary na kipy w banku. Okazuje się, że kurs w banku był wyższy w porównaniu do tego na ulicy o tyle, że po wymianie 200 dolarów kolację mamy gratis.

Tuk tuk, Luang Prabang, Laos

Tuk tuk

Po śniadaniu wybraliśmy się główną ulicą na spacer po świątyniach.

Budda, Luang Prabang, Laos

Budda

Wat Xieng Thong, Luang Prabang, Laos

Wat Xieng Thong

Świątynia, Luang Prabang, Laos

Posągi Buddy

Po zwiedzeniu większości świątyń  schroniliśmy się przed upałem w knajpce nad brzegiem rzeki Nam Khan.

Nam Khan, Luang Prabang, Laos

Rzeka Nam Khan

Powoli zapominaliśmy o upale i oddawaliśmy się urokowi Luang Prabang, gdy któreś z nas rzuciło, że według planu jutro opuszczamy to miejsce. Po niedługiej debacie zadecydowaliśmy o wyrzuceniu z planu Vang Vieng po to, żeby jeden dzień więcej spędzić w tym niesamowitym miejscu. Wszyscy potrzebowaliśmy już odpoczynku od codziennych podróży i … zakupów.

Mnisi, Luang Prabang, Laos

Mnisi to widok codzienny

Tego dnia zwiedziliśmy jeszcze pałac królewski oraz wzgórze Phu Si a wieczorem, po kolacji w Khmu, ruszyliśmy na podbój nocnego targu. Wychodząc z Khmu spotkaliśmy dwóch turystów z Polski, Adama i Rafała, z którymi umówiliśmy się na wieczór.

Zamiast ogrodowych krasnali przy pałacuy królewskim, Laos

Zamiast krasnali... w ogrodzie przy pałacu królewskim

Wracając z targu do pokoju, żeby pozbyć się bagaży, kupiliśmy longany (Euphoria longana), które wyglądają jak kiść dziwnych ‘orzechów’, a które sprzedawczyni nazywała dragon eye :) Kupiliśmy też mango o dziwnej, płaskiej i wielkiej pestce.

Longan, Dragon Eye

Longan (Dragon Eye), pycha!

Było już dość późno, gdy w siódemkę, z Rafałem i Adamem zasiedliśmy przy Beer Lao. Marcin dzielił się z chłopakami swoim doświadczeniem podróżniczym, Krysia zarażała ich pasją do nurkowania a oni opowiadali o swoich poprzednich wyprawach. Zasiedzieliśmy się do tego stopnia, że nasza knajpka pozostała ostatnią otwartą na ulicy. Właściciele, prawdopodobnie dość zniecierpliwieni, już czatowali na moment gdy wstaniemy, aby w ciągu minuty sprzątnąć ostatni stolik, że po knajpce śladu nie zostało.

Śladu nie zostało też po nocnym markecie.

Pozostałości nocnego targu, Luang Prabang, Laos

Pozostałości nocnego targu w Luang Prabang


Lis 19 2006

Dzień 15 – Kajakiem po Nam Khan

Wstaliśmy o 7 rano, żeby zjeść śniadanie przed wyjazdem na kajaki, na które zapisaliśmy się poprzedniego dnia. Śniadanie w guesthousie Vilay to jedyne miejsce, w którym skondensowane mleko do kawy, bardzo miła właścicielka podawała nam osobno. Zazwyczaj dostaje się je od razu wlane do kawy i trzeba kombinować z mieszaniem „nie do końca”, żeby kawa nie była za słodka. Jajka sadzone, ciepła bagietka i kawa za 15000 kipów – pycha.

Zapakowaliśmy się z kajakami, kapokami, kaskami i instruktorami do tuk-tuka i po 20 minutach, na brzegu Nam Khan, pakowaliśmy sprzęt do nieprzemakalnych toreb.

Kajaki, Nam Khan, Laos

Przygotowania do spływu

Zanim zdążyliśmy się nauczyć jak trzymać rytm wiosłowania już robiliśmy przystanek nad wodospadem.

Wodospad Tad Sae niedaleko Luang Prabang, Laos

Wodospad Tad Sae

Bardzo ładne miejsce. W szumie hektolitrów wody dali nam ciepły posiłek, Marysia popływała w wodospadzie, Krysia pomoczyła nogi a ja robiłem zdjęcia. Mała dziewczynka, chyba córka właścicieli jadłodajni, miała wiele uciechy pozując do zdjęć, które potem oglądała na wyświetlaczu. Na przyszłą wyprawę trzeba kupić polaroida.

Dziewczynka z nad wodospadu, Laos

Dziewczynka z nad Tad Sae

Dalsza podróż kajakami, w palącym słońcu, mijała monotonnie dopóki nie dopłynęliśmy do kilku pod rząd progów. W jednym za nich, po małym zderzeniu Monika, ja i wszystkie nasze rzeczy, wylądowaliśmy w wodzie.

Skarpetki popłynęły Mekongiem i całe szczęście, że przewodnik uratował mój but. Gdyby z mojej „lekkiej” pary butów jeden popłynął to resztę wycieczki przechodziłbym w traperach. Oprócz utraty skarpetki i obtartego kolana, cała historia skończyła się szczęśliwie ale od czasu tych przełomów mieliśmy wszystko kompletnie przemoczone i przez następną godzinę płynęliśmy w kajako-kałuży. Sprzęt i dokumenty uratowała torba nieprzemakalna. Teraz już wiem, że buty w kajaku nie są potrzebne a za to idealnie pasują do suchej torby.

Dziewczynka znad wodospadu, zdjęcie autorstwa Krysi Włodarczak, Laos

Pokazuj te zdjęcia, Farang!

Wycieczka była bardzo udana i chociaż byliśmy zmęczeni, kompletnie przemoczeni i poparzeni przez słońce to byliśmy zadowoleni.

Jeszcze tego samego wieczora dziewczyny poszły na masaż… :) Na kolację było ulubione jedzenie Marcina – kuchnia indyjska. Dzięki temu odkryłem, że w Indiach chadzałbym głodny – duszące i pikantne potrawy zupełnie mi nie przypadły do gustu. Już zupełnie na koniec dnia zrobiliśmy ostatnie zakupy na nocnym markecie.

Dziewczynka znad wodospadu, Laos

Szczery uśmiech dziecka

Trochę nam brakuje wszechobecnego, chińskiego wrzątku i mi osobiście podobała się ‘wielka dolewka’ herbaty w każdej z restauracji ale z punktu widzenia wegetarianina Laosie mają lepsze jedzenie. A w owym czasie byliśmy wegetarianami :)

Z Luang Prabang wyjeżdżamy zaopatrzeni w pałki, obrazki, serwetki. Krysia kupiła kapę, ja obrazek z mnichami, Monika notesy z morwowego papieru, chustę korale, torebki, szale, koszulki, kawę spodnie i bluzkę a Marysia kafelki do nowego mieszkania :) Nasze plecaki zrobiły się niepokojąco ciężkie – konkurs, na razie, wygrywa Krysia.


Lis 20 2006

Dzień 16 – Jedziemy do Vientiane

Tego dnia wstaliśmy we dwójkę wcześniej i zjedliśmy śniadanie w Vilay, bo Monika spieszyła się na masaż kamieniami. Ceny masażu w Laosie są na tyle rozsądne, że postanowiła wykorzystać każdą okazję. Gdy już wszyscy byli po śniadaniu, wymeldowaliśmy się. Cały dzień postanowiłem chodzić w bluzce na długi rękaw, żeby choć trochę zaleczyć poparzenia z kajaków.

Kumple, Luang Prabang, Laos

Kumple

Dzieci wracają ze szkoły, Luang Prabang, Laos

Kto powiedział, że skuter jest dwuosobowy?

Zajrzeliśmy jeszcze na na dzienny targ, żeby sprawdzić czy nie da się tam kupić jeszcze trochę souvenirów. Podczas tej podróży już zdążyliśmy się nauczyć, że jak nadarza się okazja kupienia czegokolwiek, co nam się podoba, należy to kupować jak tylko się pojawia, bo prawdopodobieństwo spotkania takiej lub podobnej rzeczy w dalszej części podróży jest znikome.

Bezpański kogut? Luang Prabang, Laos

Wszechobecne koguty

Targ w Luang Prabang, Laos

Targ dzienny

Był to wyjątkowo gorący dzień, więc postanowiliśmy przeczekać upał grając w kości w knajpce nad wysokim brzegiem Mekongu.

Mekong, Luang Prabang, Laos

Mekong

Mekong, Luang Prabang, Laos

Mekong

Plecaki, dzięki życzliwości właścicielki, przetrzymaliśmy w Vilay. Przy okazji przesuszyliśmy sobie u niej na sznurkach, przemoczone na kajakach, rzeczy gdyż tak samo jak wcześniej, rzeczy pozostawione do suszenia na noc nie wyschły ani trochę.

Pani na skuterze, Luang Prabang, Laos

Podobnie jak w Chinach, tutaj opalenizna też nie jest modna

Po godzinie 15 poszliśmy jeszcze na wzgórze wyrastające nad Prabang.

Nagi przed Wat Ho Xiang, Luang Prabang, Laos

Nagi strzegące wejścia do Wat Ho Xiang

Luang Prabang z Phu Si, Laos

Widok z Phu Si

Widok na Nam Khan, Luang Prabang, Laos

Widok na Nam Khan

Obiad zjedliśmy w Khmu, gdzie pyszna sałatka Khmu, sałatka serowa i ziemniaki z tofu ukoronowały nasz pobyt w Luang Prabang a dzieciaki poszły do hindusa Nazim. Sok z papai, który dostałem do obiadu smakuje średnio, bo przypomina rozrzedzony, dosłodzony i zbyt gęsty sok arbuzowy ale za to ten arbuzowy w Khmu jest pycha.

Gdy wróciliśmy do naszego guesthouse’u po plecaki, Marcin znalazł prysznic z ciepłą wodą na parterze… Parę kąpieli w zimnej wodzie okazało się niepotrzebnych :)

Night street market, Luang Prabang, Laos

Nocny targ

Po godzinie 18 tuk-tuk nas zabrał na dworzec za miastem gdzie spotkaliśmy jedną Polkę, Monikę, która jeździła po Laosie sama już od 3 miesięcy. Okazało się, że też jedzie do Vientiane więc Marysia miała parę do fotela, dzięki czemu nie musiała siedzieć z jakimś tubylcem.

Autobus przy dźwiękach lokalnej muzyki i w podskokach pomknął przez noc a my, wraz z wyruszeniem na południe, nabraliśmy nieprzyjemnego uczucia, że zaczęła się droga powrotna do domu…

Żeby nie było zbyt prosto ani zbyt mało po laotańsku, w naszym autobusie po trzech godzinach pękła opona i kierowca w asyście pana, z karabinem na plecach, założył na zmianę oponę absolutnie drugą ale całkowicie łysą :) Ten „ochroniarz” z karabinem to chyba stąd, że w tych latach zdarzały się napady rabunkowe na autobusy jadące w kierunku stolicy.

Czekając aż panowie uporają się z kołem znów mieliśmy okazję oglądać piękne gwiazdy. Niebo jest tu zupełnie inne niż nad Polską.

Nie rozumiem tylko dlaczego, skoro noce są bezchmurne to jest problem z przesuszeniem prania do rana.


Lis 21 2006

Dzień 17 – Vientiane

Chociaż był środek nocy mieliśmy jeszcze parę postojów na toaletę i jedzenie. Widocznie mieszkańcy uważają, że żadna okazja na smaczny posiłek nie może się zmarnować…

Jeden z postojów na trasie, Laos

Przystanek w drodze do Vientiane

Stolicę łatwo rozpoznać. Pierwsze światła na skrzyżowaniach, pierwsze szerokie, asfaltowe jezdnie i pełno ludzi podążających nie wiadomo dokąd… I to od samego świtu. Nawet tuk-tuki mają wydrukowane cenniki i ceny, o dziwo, niższe niż w Prabang. Przynajmniej ceny za przejazdy tuk-tukowe.

Dotarliśmy grubo przed świtem. Znaleźliśmy jakiś hotel, który w przewodniku opisywany był pozytywnie i zalegliśmy przed nim czekając aż go otworzą.

Czekając na otwarcie hotelu, Vientiane, Laos

Czekając na otwarcie hotelu

Po ponad godzinie koczowania hotel otworzono lecz okazało się, że nie mają tam wolnych miejsc na 5 osób. Chcąc nie chcąc udaliśmy się w dalsze poszukiwania. Parę hoteli było zajętych a parę miało tylko jeden wolny pokój więc koniec końców, wylądowaliśmy w dwóch osobnych miejscach o tej samej nazwie ale odległych od siebie o jakieś 200 metrów:)

Podróż odsypialiśmy jeszcze do południa. Po drzemce do poszliśmy zwiedzić główną atrakcję turystyczną stolicy, Królewską Stupę That Luang.To ta z okładki przewodnika Lonely Planet, Laos wydanego w 2005 roku.

That Luang, Vientiane, Laos

Wejście do That Luang

That Luang, Vientiane, Laos

That Luang

Pod stupę dostaliśmy się tuk-tukiem za to z powrotem zrobiliśmy sobie spacer przez wientiańskie „Pola Elizejskie”.

Patuxai, Łuk triumfalny w Vientiane, Laos

Jak na byłą kolonię francuską przystało, Vientiane też ma swój Łuk Triumfalny

W centrum kupiliśmy bilety do Bangkoku upewniając się uprzednio, że autobus nie będzie sypialny na wzór chińskich i zasiedliśmy w kafejce. Jak w większości laotańskich knajpek, toaleta jest na końcu lokalu więc można sobie przy okazji pozwiedzać zaplecze.

Nieczynna karuzela, Vientiane, Laos

Nieczynna karuzela

Wieczór spędziliśmy w Full Moon Cafe testując serwowane tam, całkiem niedrogie i smaczne, drinki. Zostaliśmy tam do końca, bo Full Moon to klimatyzowana knajpka z umiarkowanie wycenionym jedzeniem, ładnym wystrojem i sympatyczną muzyką.

Pinacolada, Laos

Pinacolada


Lis 22 2006

Dzień 18 – Jedziemy do Bangkoku

Rano zrobiliśmy sobie spacer świątyniach Vientiane i bez celu pospacerowaliśmy trochę po mieście. Nasz ostatni dzień w Laosie…

Świątynia w Vientiane, Laos

Wat

Na deser wstąpiliśmy do French Bakery na pyszną kawę.

Telewizor w French Bakery, Vientiane, Laos

Akwarium-telewizor w French Bakery

Później  zaopatrzyliśmy się w suchy prowiant na podróż w pobliskim markecie.

U nas panie chcą być opalone, w Laosie chcą się wybielać, Laos

U nas panie chcą być opalone, w Azji chcą być jaśniejsze

Resztę dnia postanowiliśmy przeczekać na pięterku w Full Moon, które bardzo nam przypadło do gustu dnia poprzedniego.

Tak się podlewa trawniki, Vientiane, Laos

Tak się podlewa trawniki!

Już o tym pisałem ale jest tam fajna muzyczka, miła obsługa i ładny wystrój więc było to najlepsze miejsce na przesiedzenie kilku godzin grając w karty, układając pasjanse i robiąc ranking noclegów tej podróży. Co prawda drugi raz doliczyli nam dodatkowe piwo więc tym razem Marysia z niewinną miną zgłosiła kelnerowi „pomyłkę”:) Niestety okazuje się, że w Laosie, zamiast napiwków, mają w zwyczaju doliczać dodatkowe pozycje do rachunku.

Full Moon Cafe, Vientiane, Laos

Full Moon Cafe

W końcu, w dalszym ciągu nie wiedząc jak smakuje wychwalane w przewodniku danie laap, punktualnie o godzinie 18, opuściliśmy Laos autobusem, który kierownicę miał po angielskiej stronie. Przynajmniej tym razem białych turystów jest mniej w stosunku do tubylców.

Widok z balkonu Full Moon Cafe, Vientiane, Laos

Widok z balkonu Full Moon Cafe

Pod nadzorem umundurowanego pana z groźną miną, pod kocykami pożyczonymi z samolotu Cathay’a, dojechaliśmy do granicy gdzie po wypełnieniu kolejnych formularzy, pożegnaliśmy Laos z głęboką obietnicą, że na pewno jeszcze tu wrócimy.