Wszystkie wpisy dotyczące miejsca 'Ganlangba'

Lis 13 2006

Dzień 9 – Xishuangbanna

Z samego rana wyjechaliśmy na lotnisko. Swoją drogą, znów skorzystaliśmy z usług tego samego małego biura podróży, które nas woziło poprzedniego dnia. Jednak podróżowanie w piątkę jest genialne gdy chodzi o koszty transportu.

Lotnisko w Xishuangbanna, Chiny

Lotnisko w Xishuangbanna

Samolot, z godzinnym opóźnieniem, dowiózł nas do Jinghongu i nareszcie trochę cieplej. Niewiele ale zawsze cieplej niż w prowincji Junnan. Zdążyliśmy już trochę przemarznąć a przecież nie po to wyjechaliśmy na backpacking do Azji, żeby było nam zimno:)

Boeing 737-300, China Eastern

Boeing 737-300

Z lotniska w Xishuangbanna, taksówkami, pojechaliśmy na dworzec autobusowy, aby kupić bilety do Ganlanby, która była następną pozycją na naszej trasie. Według planu robionego w Polsce wszystko zdawało się prostsze lecz po dotarciu do Ganlanby okazało się, że… nie ma tam dla nas noclegu…

Z poszukiwaniem noclegu w Ganlangba wiąże się dziwna historia. Otóż wszędzie gdzie nie weszliśmy odmawiano nam łóżek. Nie wiedzieć czemu ale nawet w totalnie opustoszałym hotelu, gdzie nie mieliśmy żadnych wątpliwości, iż nie ma kompletu, noclegu nam odmówiono. Na taki obrót spraw postanowiliśmy zrzucić plecaki pod palmą i wysłać dwie osoby na poszukiwania w dalsze zakątki miasta.

Padło na Marysię i Monikę… Dwie dziewczyny z zerową znajomością języka chińskiego poszły same szukać noclegu…

Rower w Chinach nie ma lekko, Ganlangba, Chiny 2006

Uniwersalny środek transportu, rower

Wyczekaliśmy się strasznie długo i powoli zaczynaliśmy panikować gdy, w końcu, wróciły. Okazało się, że po nieskutecznych próbach znalezienia noclegu wsiadły z jakimś gościem do taksówki i pojechały za miasto do hotelu, który podobno miał nas przyjąć. Mieliśmy wszyscy mnóstwo szczęścia, że po przedłużającej się jeździe, gdy okolice stawały się coraz bardziej opustoszałe, dziewczyny zrobiły facetowi raban a on odwiózł je z powrotem…

Niewiele się zastanawiając zjedliśmy w pierwszej lepszej knajpce ryż i podjęliśmy odważną decyzję, żeby ruszać dalej, w kierunku granicy z Laosem.

Czekając na powrót dziewczyn, Ganlangba, Chiny

Czekając na powrót dziewczyn

Co brzmi nieskomplikowanie gdy czyta się to w wygodnym fotelu staje się jednak złożone gdy jest się na miejscu takim jak Chiny. Problem w tym, że nie jest łatwo, dysponując niewielkimi rozmówkami angielsko-chińskimi, dogadać się, że chcemy jechać do Mengli kiedy całkiem niedaleko jest Menglun… i na dodatek chcemy tam dotrzeć tanio. Uratowała nas życzliwość Miejscowych.

Na dworcu w Ganlanbie kasjerki jak, po długich tłumaczeniach, zrozumiały cel naszej podróży zaczęły kręcić przecząco głowami. Z ich dworca tam nie jeżdżą. Mimo to, chyba w reakcji na nasze zagubione miny, jedna z nich zawołała pierwszą lepszą przechodzącą panią, i poprosiła ją żeby nam pomogła dostać się do tej nieszczęsnej Mengli. Owa pani niechętnie ale jednak podjęła się tego zadania. Całe szczęście, bo żeby ruszyć dalej mieliśmy sobie złapać jeden z nieoznakowanych, zapakowanych po dach minibusów prosto z głównej ulicy miasta.

Główna ulica w Ganlangba, Chiny

Główna ulica w Ganlangba

Po kilku nieudanych podejściach siedzieliśmy razem z panią opiekunką w autobusie, nie wiadomo dokąd i nie wiadomo za ile :] A za dwie godziny zachód słońca i będzie noc… Dla nas najważniejsze było, że przemieszczamy się w dobrym kierunku i że nasza pani siedzi z nami. W miarę upływu czasu trochę się rozruszała i nawet zaczęła częstować Krysię mandarynkami. Jest to dosyć charakterystyczny objaw u Chińczyków, którzy w ten przyjemny sposób, potrafią okazać swoją serdeczność pomimo, że bariera komunikacji werbalnej jest nie do przełamania.

Na pakunkach w autobusie, Chiny

Niewygodnie? Ważne, że do przodu!

Temperatura na zewnątrz wynosiła coś koło 25 stopni, choć to było zupełnie inne 25 niż w Polsce. Dużo znośniejsze. Za oknami pną się góry i rośnie las przerośniętych roślin doniczkowych a ziemia i rzeka mają kolor rdzy. Trzęsie, prędkościomierz nie działa ale ciągle jedziemy do przodu.

W Meglunie okazało się, że lokalni zorganizowali nas lepiej niż przypuszczaliśmy. Czekali na nas na przystanku i po krótkiej chwili znowu siedzieliśmy w autobusie, znowu plecaki zostały poutykane gdziekolwiek a granica z Laosem zbliżała się coraz bardziej.

Przy okazji dowiedziałem się, że jak w autobusie nie ma zakazu palenia, to oznacza, że można tam palić, co, z pewną nieśmiałością wykorzystałem :)

Pokój hotelowy Mengla, Chiny 2006

Pokój hotelowy w Mengli

Dotarliśmy do Mengli już po zmroku ale dość szybko znaleźliśmy sympatyczny hotelik, w którym dzięki uległości recepcjonistki zamiast 60Y od osoby, wzięliśmy jedną trójkę za 100Y na pięć osób. Pani recepcjonistka była mocno niepocieszona z takiego obrotu spraw ale nie daliśmy jej czasu na rozmyślenie się, od razu zrzuciliśmy plecaki i poszliśmy spać.

Przed snem, ponieważ pogoda była bezchmurna i było ciepło, zrobiliśmy sobie kolejne ręczne pranie. Nie był to mądry pomysł, bo z powodu tego nocnego prania następnego dnia miałem siatkę mokrych rzeczy, które później musiałem porozkładać na tobołach z tyłu autobusu. Resztę rzeczy, po jednej, suszyliśmy przy oknie w pędzie powietrza :]

Dopiero dużo później, w Laosie, zaobserwowałem regularność pochmurnych poranków i to, że słońce wychodzi dopiero koło południa aby uraczyć Azję ciepłą i bezchmurną nocą.