Wszystkie wpisy dotyczące miejsca 'Kunming'

Lis 10 2006

Dzień 6 – Nocny autobus do Dali

Wstaliśmy o 7:30 i wyszliśmy szukać przystanku, z którego zawiozą nas do Świątyni Bambusowej Qiongzhu Si znajdującej się 10 km za miastem. Na miejscu, wskazanym przez przewodnik, jakiś chińczyk zaoferował, że nas tam zawiezie, poczeka i przywiezie za 20Y od osoby na co ochoczo przystaliśmy.

Świątynia Bambusowa Qiongzhu Si, Kunming, Chiny

Świątynia Bambusowa Qiongzhu Si

Jadąc do Bambusowej Świątyni mieliśmy wspaniałą okazję zobaczyć jak wygląda życie na zakurzonych i surowych przedmieściach Kunmingu.

Świątynię zwiedzaliśmy dość długo, bo jest to cały kompleks budynków i jest co oglądać zwłaszcza, że była to jedna z pierwszych dużych świątyń buddyjskich, które widzieliśmy w Chinach.

Świątynia Bambusowa Qiongzhu Si, Kunming, Chiny

Świątynia Bambusowea Qiongzhu Si

Potem zrobiliśmy sobie spacer na targ ptaków, gdzie sprzedają robaki, gryzonie, różne duperelki i, oczywiście, ptaki. Dziewczyny kupiły tam herbatę w ładnych, ozdobnych opakowaniach a ja z Marcinem, wielkie słodkie pyszne buły za jakieś 0.50Y…

Wracając wstąpiliśmy do biura lokalnych linii lotniczych kupić bilety na samolot Dali-Jinhong.

Kunming, Chiny

Kunming

Obiad zjedliśmy w super knajpce MaMaFu’s i po obiedzie rozpoczęliśmy długaśny spacer po Kunmingu. Między innymi odwiedziliśmy świątynię Yuantong Si, która poprzedniego dnia była zamknięta i wróciliśmy do hotelu. Spacer był tak długi, że pod koniec miałem naprawdę dość. Właściwie nie korzystaliśmy z komunikacji miejskiej więc dotarcie do interesujących nas miejsc w mieście tak dużym jak Kunming potrafi dać się we znaki.

Dziecko na plecach, Kunming, Chiny

Dziecko? Jakie dziecko?

W hotelowej restauracji, przy akompaniamencie fortepianu i skrzypiec czekaliśmy na nasz autobus do Dali, który miał odjeżdżać o 21. Dzieciaki w tym czasie trochę posurfowały na necie.

Chiński drapacz chmur, Kunming, Chiny

Kunming

Przed 21 wróciliśmy z naszą serwetką wartą 500Y do pani z mikrobiura podróży. Wyjeżdżamy ale zdążyliśmy się już przyzwyczaić, że w Kunmingu trąbienie na pieszych oznacza „widzę, że idziesz po pasach i masz zielone światło ale się nie zatrzymam” :)

Chinka z parasolką, Kunming, Chiny

Tutaj opalenizna jest niemodna

Transport do autobusu wyglądał jak przemyt ludzi:) Najpierw dwie taksówki wzięły nas w miejsce, w którym tłum chińczyków przekrzykiwał się chcąc nas zabrać do najróżniejszych miejscowości pożądanych przez turystów. Od razu gdy wszyscy wysiedliśmy z taksówki nasz przewodnik przegnał naganiaczy i poprowadził nas przez wielki, ciemny plac, wśród mnóstwa ładniejszych i brzydszych autobusów, do ślicznego sypialnego chińskiego mercedesa.

W środku autobusu są trzy rzędy piętrowych łóżek, jest aż jasno od pomarańczowej pościeli, siedzi pełny komplet ludzi i… śmierdzi brudnymi skarpetami. Śmierdzi dziesiątkami skarpet noszonych przez cały dzień, które wreszcie wydostały się ze wszelkiego rodzaju butów, trzewików i trampek ku uciesze i wygodzie ich właścicieli. Kierowcy jednak humor dopisuje i zagaduje do nas po chińsku.

Świątynia Yuantong Si, Kunming, Chiny

Świątynia Yuantong Si

Wesołek, nasz kierowca, pakując nasze plecaki do bagażnika, co chwila się na mnie zerkał. W pewnym momencie nie wytrzymał i patrząc na mnie pogłaskał się po głowie, złożył dłonie jak do modlitwy i kiwając się do przodu zamarł z pytającym uśmiechem.

Musze wyjaśnić, że dla własnej wygody, już od wielu lat golę głowę na bardzo krótkiego jeża. Ciekawa rzecz. W Polsce, z powodu łysej głowy, każdy brałby mnie za skinheada a w Chinach? Nasz chiński kierowca autobusu na migi pyta mnie czy jestem mnichem! Z uśmiechem pokręciłem głową wywołując eksplozję śmiechu kilku osób w pobliżu.

Dostałem górne łóżko – jako jedyny.

Żółwie z Yuantong Si, Kunming, Chiny

Outsider

Koło drugiej w nocy autobus zatrzymał się na postój i wtedy, jedyny raz, mieliśmy okazję zwiedzać wucet bez kabin. A raczej z namiastkami kabin, bo takimi bez drzwi:) Powrót do śmierdzącego autobusu był naprawdę trudny…


Lis 9 2006

Dzień 5 – Kunming

W pociągu o siódmej włączyli muzykę:)

Za oknami góry.

Automat z wrzątkiem okazał się bardzo przydatny – można zalać zupę albo herbatę, co zresztą tubylcy wykorzystują nader często. Zalewają małą ilością wody ogromne wiaderko czegoś, co wygląda jak nasze gorące kubki z makaronem i jedzą widelcem to co rozmiękło. Jak mają ochotę na więcej to zalewają ponownie.

Chiński pociąg, Wei She, Chiny

W Wei She wypuścili nas na 20 minut

Od jednej pani dostaliśmy mandarynki. Były zielonożółte, wystarczająco zielone, żeby w Polsce nikt ich nie kupił, ale bardzo smaczne :)

Na jednej stacji nas wypuścili na 20 minut, to zrobiłem parę fotek i kupiłem niezły napój o smaku zielonej herbaty.

Sprzedawca na peronie w Chinach

Sprzedawca na peronie

W Kunmingu mieliśmy być o 15:45.

Do narciarza się przyzwyczaiłem i wydaje się być praktyczniejszy niż zwykły wucet – wygląda na czystszy, bo jest w nim mniej zakamarków do czyszczenia. W palarni między przedziałami byłem jednym z niewielu gości. Całe szczęście, że w przedziałach palić nie można. Później, w Laosie okazało się, że to nie takie oczywiste, że w środkach komunikacji publicznej nie wolno palić.

Wagon sypialny w chińskim pociągu, Chiny

Wagon sypialny w chińskim pociągu

Po 26 godzinach dojechaliśmy na miejsce. Kunming przywitał nas dużym ruchem na ulicy i zwyczajem, że na pieszego na pasach się trąbi.

Dzięki mapie, którą Marcin kupił w pociągu, po krótkich poszukiwaniach i zmianie przystanku, udało nam się wsiąść do właściwego autobusu. Czasem dziwne hobby (zbieranie map) ma zaskakujące korzyści.

Idąc do hotelu zatrzymaliśmy się przy okienku małego biura podróży gdzie kupiliśmy bilety na nocny autobus ekspresowy do Dali. Bilety to wiele powiedziane – pani z okienka wręczyła nam skrawek papieru serwetkowego, na którym długopisem coś napisała.

Dormitory, hotel Camelia, Kunming, Chiny

Dormitory w hotelu Camelia

Hotel Camelia, do którego zmierzaliśmy ma dwie gwiazdki i całkiem wysokie, jak na backpacking, ceny a jego obsługa nie wyrywa się z informacją, że mają jeszcze „dormitory”, o którym czytaliśmy w przewodniku. Po paru minutach spędzonych w holu przeliczając ceny i próbując zadecydować co robimy, podczas drugiego podejścia do recepcji, którejś z recepcjonistek się wyrwało, że tak, mają jeszcze „dormitory” i, że znajduje się w budynku obok. Na trzecim piętrze w jednej z kilku zadbanych, 8 osobowych sal zostaliśmy na noc.

Ulice Kunmingu, Chiny

Kunming

Po szybkim prysznicu poszliśmy do wegetariańskiej restauracji, naprzeciwko świątyni Yuantong Si, w której dostaliśmy pyszną rybę ziemniaczaną, ryż z warzywami, sałatkę grzybową z glutem i kuleczki krewetkowe z anyżkową przyprawą w komplecie. I oczywiście „wielka dolewka” herbaty.

Park Cuihu, Kunming, Chiny

Park Cuihu w Kunmingu

Posileni udaliśmy się do parku Cuihu, popatrzyliśmy na tańczące tam grupy, i wychodząc poszliśmy do Kodaka, żeby dziewczyny zrzuciły sobie fotki z kart na płyty. Pod Kodakiem zaczepiły nas trzy studentki z Yunnan University. Zrobiły nam ankiety, które miały jako pracę domową z angielskiego i wzięły e-maile. Marcinowi zdecydowanie poprawił się humor po tym, gdy nadały mu chińskie imię (jakiegoś znanego aktora:]).

Wieżowiec, Kunming, Chiny

Kunming nocą

Wracając dziewczyny, targując się na migi, kupiły fartuszki u jednego z chodnikowych sprzedawców.

Po powrocie okazało się, że będą z nami nocować jeszcze dwaj Amerykanie ale nie pogadaliśmy zbyt długo tylko wyszliśmy do pubu. Przed wyjściem zrobiliśmy jeszcze pranie w hotelowej pralce, za 20 Y, które schło do wieczora dnia następnego…

Kunming jest pięknym interesującym miastem i w gruncie rzeczy tourist-friendly. Bardzo miła odmiana po tłocznym i hałaśliwym Kantonie.

Hotel Camelia, Kunming, Chiny

Hotel Camelia w Kunmingu


Lis 8 2006

Dzień 4 – W pociągu K365 Guangzhou-Kunming

Gdy jest się w pięć osób, pokoje bez prysznica są bardzo praktyczne. Oznacza to, że jesteśmy zmuszeni użyć wspólnego prysznica na korytarzu. Bardzo skraca to czas od pobudki do pełnej gotowości, ponieważ nie trzeba czekać aż kolejno wszyscy się umyją. Co prawda spodziewałem się w tych prysznicach tłumów ale około 7:30 rano kręcił się tam tylko jeden facet.

Zdjęcie ulicy, Kanton, Chiny

Kanton

Nasz hotel nie serwuje śniadań w cenie ale można sobie dokupić śniadanie, które w formie bufetu serwuje hotelowa kuchnia. Jednak po szybkim komisyjnym obejrzeniu zawartości „szwedzkiego stołu” podjęliśmy decyzję, że na wysepkę Shamian Dao lecimy na głodniaka. Liczyliśmy, że po drodze da się zjeść coś normalnego.

Shamian Dao, Guangzhou, Chiny

Shamian Dao, Guangzhou

Sieć metra w Kantonie jest bardzo dobrze rozbudowana więc na wyspę dotarliśmy stosunkowo szybko. Po przejściu całej, pooglądaniu tubylców ćwiczących w parku taniec i tai chi zatrzymaliśmy się na kawę w jednej z kawiarenek a następnie podążyliśmy do taoistycznej świątyni Guangxiao Si.

Chińczycy ćwiczący w parku, Guangzhou, Chiny

Chińczycy ćwiczący w parku Shamian Dao

Guangxiao Si to bardzo spokojne, wyciszone miejsce w centrum wielkiego miasta. W środku pusto, jedynie na samym końcu jeden facet w ciszy ćwiczący taijiquan.

Robiło się późno, a pokój musieliśmy opuścić do południa, więc szybko poszliśmy, mijając ulice pełne małych sklepików sprzedających elektronikę, do Kwietnej Pagody Hua Ta. Przy kasie okazało się, ze Maria nie ma portfela…. 250Y dostało żółciutkich nóżek. Za bardzo się spieszyliśmy i kupując po drodze wodę portfel gdzieś się zawieruszył.

Ponieważ resztę czasu przeznaczonego na Kanton zużyliśmy na szukanie portfela więc prawie truchtem dotarliśmy na stację metra i 12:05 wymeldowaliśmy się z hotelu.

Bambusowy wiersz, Kanton, Chiny

Bambusowy wiersz w Guangxiao Si

Już z plecakami wstąpiliśmy do McDonalds po drugiej stronie ulicy od naszego hotelu. Po przeciwnej stronie ulicy, w przypadku dworca w Kantonie, oznacza 20 minutowy spacer ale przed 25-godzinną podróżą pociągiem lepiej nie eksperymentować z jedzeniem więc klimatyzowany McDonalds zdawał się dobrym wyborem.

Czerwony i mokry zjadłem frytki i, jak przystało na Chiny, słodkie ciastko z grochem.

Ulica w Kantonie, Chiny

Kanton

Na stację dotarliśmy w samą porę. Gdy jest się na dworcu i pokazuje bilet z pytaniem w oczach „gdzie to jest?” a ktoś wtedy pokazuje palcem niebo, oznacza to, że właściwy peron jest… na pierwszym piętrze…:) Właściwie znajduje się tam poczekalnia a nie peron a, że Chińczycy partery oznaczają numerem 1 to tak naprawdę jest to pierwsze piętro. Mimo wszystko jest to sprawa dość niecodzienna.

Spędziliśmy chwilę w poczekalni, z jakimiś pół tysiącem chińczyków, i chwilę przed odjazdem wpuścili nas do pociągu. Zabawne, że tam jak ma się wagon numer 15, to znaczy, że jest ich co najmniej 15 :) Chińskie pociągi są bardzo długie i trochę to wydłuża spacer po peronie.

Nasze łóżka mieliśmy na samej górze i było to świetne rozwiązanie. Plecaki były w zasięgu ręki i nikt nam nie zaglądał a za to my widzieliśmy wszystko. Tylko nogi współpasażerom z lekka zalatywały. Zresztą nam pewnie też :)

Przedział sypialny w chińskim pociągu, Chiny

Przedział sypialny w chińskim pociągu

Pociąg wyposażony jest w bardzo praktyczną maszynę z wrzątkiem, bardzo czyste, w porównaniu do polskich, ubikacje typu „narciarz” i osobne umywalnie. Chodziła też pani z klapkami po 1Y i pan z kubełkami pełnymi klusek, na których było sadzone jajo, posypane tartą marchewką, która z kolei była posypana kawałkami mięsa. Całą tę konstrukcję, gdy ktoś to zamawiał, facet zalewał łyżką jakiejś brunatnej zupy.

Ciągle leci głośna muzyka. Raz chińska, raz zachodnia, raz poważna – wszystko przerywane od czasu do czasu komunikatami o stacjach. Czasem też leci chińska muzyka robiona na zachodnią. Pop albo coś tego typu. Najciekawiej miał Marcin, którego łóżko było zaraz koło głośnika :) Dla mnie dobrą wiadomością było to, że papierosy palić można przy ubikacji i, wbrew pozorom, nie ma tam tłumów.

Dzieciaki szybko poszły spać a ja oglądałem sobie pociąg. Było jeszcze mnóstwo czasu na sen – tak ze 25 godzin:)

Maszyna z wrzątkiem, chiński pociąg

Dystrybutor wrzątku w chińskim pociągu

Widoki za oknem średnie. Niby to Chiny ale te budujące się miasta i miasteczka tworzyły czasami widoki jak na trasie Warszawa-Wrocław.

Na tych naszych górnych łóżkach trochę za mocno wieje z klimatyzacji.

Chińczycy mają bardzo praktyczne pojemniki. Coś jak wąski wysoki słoik z pętelką do noszenia i nakrętką. Widywałem to co chwilę. Nalewali w to wrzątku ale niestety nie zaobserwowałem co z tym dalej się dzieje ani czy ten wrzątek zaprawiają herbatą. Postanowiłem sprawić sobie taki przy najbliższej okazji.

Chińskie słoiki na herbatę

Słoik na herbatę